poniedziałek, 30 maja 2016

Jeszcze tylko miesiąc



   Miesiąc. Konkretnie dwadzieścia dni. Dwadzieścia sześć z weekendami. Jeszcze tylko tyle zostało do końca roku szkolnego 2015/2016.

  Muszę przyznać, że mimo mojej nerdowskiego charakteru zawsze się cieszę z nadejścia wakacji. Bo przecież mało kto się nie cieszy. Nareszcie odpocznę od zakuwania na wszelkie prace klasowe, kartkówki, sprawdziany. Wyrzucę z umysłu wszelkie zgryzoty i przerażający stres ocenami (i nie żeby były złe, po prostu jestem z natury perfekcjonistką, wszystko, nawet oceny muszą być dopięte na ostatni guzik). Nie będę się przejmować się wszelkimi terminami. Na te dwa miesiące zapomnę o istnieniu mojej szkoły. No, a przynajmniej do przedostatniego tygodnia sierpnia. Wtedy rozpoczyna się u mnie okres fascynacji nowym rokiem szkolnym i wszystkim co z nim związane. Cóż, taki to ze mnie kujon!

  Jak już kiedyś wspomniałam, maj jest (a już niedługo będę mówić był!) dla mnie bardzo ciężki. Niby widać już na horyzoncie wakacje, niby czujesz już morską bryzę, zapach oscypków lub też wizję godzin spędzonych z bohaterami ulubionego serialu, a tu wszyscy Ci mówią, że jesteś w błędzie. Przecież w maju się jeszcze rok szkolny nie kończy, trzeba pracować za dwóch! Tak, to prawda, nie ma co jeszcze myśleć o niebieskich migdałach, ale bez przesady. Gdy na dworze jest ponad dwadzieścia stopni Celsiusza nikomu się nie chcę uczyć. Zwłaszcza, że powodów do nauki jest w tym miesiącu wiele. Wszakże należy trzymać poziom, pozostać z ocenami, które nas zadowalają, poprawić te gorsze i nie dać im się pogorszyć. To na pewno główny powód mojego zmęczenia i pragnienia odpoczynku. Dodać jeszcze do tego wszelkie dni wolne, które mimo, że się przydają, w nadmiarze powodują totalne wypadnięcie z rytmu i rozleniwienie. I jak tu teraz myśleć o szkole?
  
   Może i będę tęsknić za szkołą, za moją pozytywnie zwariowaną klasą, za pracą, która naprawdę mi sprawia przyjemność, ale mówi się trudno. Przecież to wszytko powróci we wrześniu, nie ma się czym zadręczać. Lepiej rozmyślać o planach na wakacje. A mam ich sporo i choć w większości są to małe błahostki, zależy mi na nich. Na liście znajduje się m.in. dalsza nauka japońskiego, o której nie mogę zapominać (moim celem jest opanowanie do końca roku określonego wcześniej materiału), prowadzenie wakacyjnego dziennika, no i oczywiście prowadzenie tego bloga. Przez te dwa miesiące będę miała wiele powodów do pisania, więc postaram się udzielać częściej. Chyba, że będę w miejscu bez dostępu do internetu, wtedy wpisy mogą być później. Ale nie ma co się jak na razie przejmować, na pewno dobrze wykorzystam te dwa miesiące. A w formie relaksu mam w planie podróże małe i duże oraz wkręcenie się w Star Butterfly kontra siły zła (muszę jakoś zapełnić pustkę po Wodogzmotach Małych. Ech... Ale to temat na kiedy indziej).

   Miesiąc. Konkretnie dwadzieścia dni. Dwadzieścia sześć z weekendami. Tylko tyle mi pozostało czasu, by nacieszyć się rokiem szkolnym 2015/2016. A potem już tylko pędzić autostradą do piekła prostą drogą do relaksu, przygód, legalnego lenistwa.

   Niestety, zanim to nastąpi muszę się zabrać za naukę z biologii. Już słyszę, jak wiadomości dotyczące liczby kręgów w kręgosłupie mnie wzywają. Na sam koniec mam pytanie: co Wy myślicie o tych dwudziestu/dwudziestu sześciu dniach szkoły? Umysłem już jesteście  nad morzem? Czy raczej przy ostatnich rozdziałach podręcznika? I jak chcecie wykorzystać tegoroczne wakacje? Ja się z Wami żegnam, biologia wzywa...
Megan Green

 Ps. A tak poza tym nie witałam się dzisiaj z Wami. Już to naprawiam: Witam na końcu posta!

niedziela, 22 maja 2016

Kilkudniowa przygoda na ośmiu kółkach


Witam.
  
   Jak już obwieszczałam na Facebooku, nadszedł ten czas, w którym opowiem co nieco o mojej przygodzie z rolkami. Chociaż muszę się do czegoś przyznać... Od około dwóch tygodni nie wychodziłam na przejażdżki. Dlaczego? Brak czasu, dużo pracy pod koniec roku szkolnego i coraz wyższa temperatura. Z tym ostatnim mogłabym sobie jeszcze poradzić, wystarczy, że będę wychodzić o 18:00. Niestety, nauka w maju mnie zamęcza i o tej godzinie jeszcze pracuję. No cóż.
  
   Tak więc do był jakże dołujący wstęp. Teraz mogę przejść do tej wesołej części. Post będzie może w stylu poradnika, zbioru opinii, zdjęć oraz poetyckich epitetów. I od razu powiem, że jak widać w tytule posta, moja przygoda z rolkami trwała zaledwie kilka dni. Nie jestem w tej dziedzinie specjalistką. Chcę po prostu wyrazić swoją opinię z perspektywy amatora. Dobra, teraz na prawdę przejdę do konkretów...
    
   Pewnej pięknej soboty stwierdziłam, że idę na rolki, Dlaczego? Nie wiem. Stwierdziłam, że skoro trwa majówka, a ja siedzę w domu, mogę trochę poćwiczyć jazdę. Oczywiście na początku bardziej chodziłam, niż jeździłam, ale się nie poddawałam. Młodsze ode mnie dzieciaki miały ubaw ze mnie, mówiły, że to już za późno na naukę. A ja to ignorowałam. I tak ćwiczyłam, ćwiczyłam, ćwiczyłam przez około dwie godziny.
   
   Następnego dnia zrobiłam sobie przerwę, by w poniedziałek podjąć drugą próbę. Był to dobry wybór. Jeździłam sobie tak godzinę i nagle zdałam sobie sprawę, że jeżdżę już całkiem dobrze. Potrafiłam w miarę płynnie się poruszać bez pomocy i chociaż miałam jeszcze pewne obawy, próbowałam dalej. Nagle, ni stąd ni zowąd, zauważyłam, że na zegarku nie było już godziny 18:00. Była 20:00. No, to się wkręciłam...
   
   Następnego dnia czekałam tylko na zwolnienie miejsca na podwórku i z radością wybiegłam na rolki. Tego dnia sunęłam po chodniku, który był w tym momencie moim królestwem. Ludzie się patrzyli, dziwiło ich to, jak zwykła gimbaza może w dzień wolny od południa siedzieć na dworze. A tak, gimbaza może robić coś innego niż siedzieć przed CS'em lub Facebookiem. Chociaż oczywiście nie wszystkie spojrzenia były pogardliwe. Niektóre miały w sobie fascynację i wielki podziw. Poza tym jednak ciężko było mi się przejmować tym, o czym myślą obcy dla mnie ludzie, gdyż miałam słuchawki i głośną muzykę. Najlepszy pomysł na motywację do wyjścia na np rolki? Muzyka. Dużo muzyki. Wiedzieliście, że do twórczości Die Antwoord można świetnie jeździć na rolkach? Nie? To teraz już wiecie. Ale wróćmy do tematu. Po dwóch, trzech godzinach powróciłam do domu lekko zawiedziona, że czas mi tak szybko zleciał. Po obiedzie nie miałam na nic ochoty, myślałam tylko o rolkach. I tak, po długich namysłach postanowiłam znowu zabrać plecak z rolkami i powrócić na podwórko. A tam? A tam na chodniku się znowu zadziała magia...
     
   Środa, ostatni dzień majówki. Nie był to dobry dzień dla rolek. Oświeciło mnie i zdałam sobie sprawę, że jutro trzeba iść do szkoły. Nie mam zbyt dużo do opowiadania o tym dniu. Pozwoliłam sobie na dwie godziny przejażdżki, później jednak musiałam powrócić do domu i ogarnąć się.


   Okej, to była moja opowieść o rolkach. Teraz pora na część poradnikową (?). Czy na rolkach się łatwo jeździ? No cóż, by osiągnąć poziom Jeżdżę bez trzymania się poręczy/ławek/drzew zajęło mi dwa dni. Ale to pewnie przez to, że nie mam zbyt dobrej koordynacji ruchowej. Tak czy siak, myślę, że nie jest trudno zrozumieć język rolek. Grunt to utrzymanie równowagi i wyzbycia się myśli, że upadniesz. Bo upadniesz i to pewnie nie jeden raz. Ale tak jest z każdym pojazdem (nie, nie chodzi mi tu o auta). Czy to rower, deskorolka, czy rolki, zawsze się zdarzy jakiś upadek. Najważniejsze, że podniesiesz się i spróbujesz jeszcze raz. Jestem tego dobrym przykładem, gdyż moja przygoda również zawierała upadki (oj, tyłek bolał...). Czego potrzebuję do nauki jazdy na rolkach? Rolek, czasu, ładnego chodnika, zapomnienia o strachu przed upadkiem. No i rękawiczek ochronnych. One są przydatne.

   To chyba tyle w tym poście. Czy mam zamiar kontynuować jazdę na rolkach? Być może. Maj jest jak na razie dla mnie dość ciężki, więc nie mam zbyt dużo czasu. Tak więc żegnam się z Wami z nadzieją, że zachęciłam Was do rolek. Ja pędzę do zeszytu z francuskiego, bo nazwy części ciała na mnie czekają.
Miłego życia! 
Megan Green

czwartek, 12 maja 2016

Otwórz się, ludzie to lubią


Witam.

 A może dzisiaj poruszę raczej rzadko spotykany temat? Temat o uzewnętrznianiu się na portalach społecznościowych?

 Gdy zakładałam fanpage'a, myślałam, że polepszy to moją sytuację na blogu, że popchnie go w dobrą stronę. Minął dzień od jego założenia, a ja zadaję sobie kluczowe pytanie: I co teraz? Mam teraz publikować każdy moment mojego życia? Bo przecież to się najczęściej robi na social mediach, czyż nie? A jak nie to, to co?

 Jeśli codziennie nie będę publikować uroczych selfie oraz chwaliła się tym co aktualnie jem, gdzie jestem i ile dni jeszcze zostało do mojego wyjazdu na Karaiby czy na inne Hawaje, to nikt nie zwróci na mnie uwagę. Taka prawda. Żyjemy w świecie, w którym globalizacja niszczy oryginalność i indywidualność. A nawet jeśli nie zniszczy, to przerobi naszą nieszablonowość na coś obrzydliwego i wulgarnego. Okazuje się, że blog lub profil na portalu społecznościowym, w którym autor dzieli się z obcymi ludźmi swoim życiem, jest bardziej popularny od takiego, gdzie takich informacji brak. Ludzie chcą wiedzieć o innych, chcą żyć ich życiem, poczuć się jak oni. Takie zjawisko coraz częściej spotykane jest nie tylko wśród celebrytów, ale i youtuberów czy blogerów. Dlaczego? 

 Dlaczego jeśli chcemy być zauważeni i popularni musimy się tak otwierać? Dlaczego post zawierający stylizację dnia jest ciekawszy, niż ten o filozoficznych przemyśleniach? Może chodzi o kwestię ogólnego wyglądu wpisu? Przecież wiadomym jest, że zdjęcia pierwsze przyciągają uwagę, dopiero potem treść. A może jednak to przez panującą modę? Tak, zapewne. 

 Jednak dobrze, chcę być tą inną, tą odstępującą od reszty. Czym w takim razie mogę przyciągnąć ludzi do bloga na Facebooku? Mówią: po prostu się udzielaj. Ale jak? Hmmm... Może zacznę pokazywać sposoby na idealną stylizację? Albo recenzować gąbki do rozsmarowywania makijażu? To ostatnio jest modne...

 Ale dobrze, jaki jest sens tego postu? Chodziło mi o to, że w dzisiejszych czasach jest ciężej być sobą. Wybieramy wygodniejsze rozwiązania, powielamy style od innych, bo nie chcę nam się robić coś innego. Dzielimy się swoim życiem mimo, że nawet nie wiemy po co. Jeśli o mnie chodzi, nie mam zamiaru powtarzać to, co już było. Mam zamiar pisać konkretnie, ale w swoim stylu. TAG'i raz na jakiś czas. A na fanpage'u zero dupereli (cóż za słownictwo!), tylko... Hmm... Coś na pewno. 

 Noszę koka, spędzam trochę czasu w internecie, wyżalam się ludziom z różnych zakątków świata. Ale nie ulegam globalizacji. Będę tą oryginalną.

Megan Green