poniedziałek, 28 marca 2016

Wiosna- prosty sposób na motywację



Hello!
 Co tamu Was? Jak tam minęła Wielkanoc? Czy też siedzicie i zastanawiacie się nad ilością zjedzonego pokarmu? Ja, pełna radości z dzisiejszego dnia, korzystam z końcówki przedostatniego dnia ferii wiosennych. Czyli w skrócie: jest dobrze. Dodać jeszcze do tego jeden cudowny fakt, mianowicie w tym tygodniu rozpoczęła się moja ulubiona pora roku- wiosna (Megan, powtarzasz się...).

  Wiosna jest naprawdę przepiękną porą roku. No, może nie dla alergików. Tak, czy siak, kocham w niej fakt, że przyroda zaczyna się budzić do życia. Ptaki poruszają się z gracją w powietrzu. Na dworze jest cieplej, choć nie upalnie. Mam okazje do wyjścia i nauczenia się jazdy na rolkach. Oprócz tego w kwietniu są moje urodziny. Żyć, nie umierać.

  Wczoraj mój plan na wyjście na rolki ziścił się i mimo wielkich oporów, przypomniałam sobie jak w miarę płynnie się na nich poruszać. Jestem z siebie naprawdę zadowolona. Rolki wydawały mi się równie wielką zabawą, co obawą. Miałam wiele prób jeżdżenia na nich. Niestety, przez to, że raz na pół roku decydowałam się na przejażdżkę, szybko zapominałam, jak się na nich jeździ. Na ten rok chcę regularnie, przynajmniej raz na miesiąc to ćwiczyć. Pogoda mi sprzyja, więc chcę to wykorzystać. A nawet gdyby mi nie służyła, zawsze mogę sobie urządzić na pocieszenie maraton Wodogrzmotów Małych (moje nowe uzależnienie jeśli chodzi o seriale animowane) i pograć chwilę lub dwie w Simsy. Ale wracając do tematu. Wydaje mi się, że warto jeździć na rolkach. Za to jeszcze bardziej lubię (a przynajmniej mam nadzieję, że polubię) przejażdżki tzw. fishboardem. Cóż to jest? To takie znacznie mniejsze rodzeństwo deskorolki, która nazwę zawdzięcza posiadaniu kształtu podobnego do ryby. Skubany jest bardzo szybki, (mimo że na takiego nie wygląda) poza tym ma świetną zwrotność. Co prawda moja rodzina mówi, że longboard (dłuższy i cięższy brat deskorolki o nieco innym kształcie) jest znacznie lepszy, jednak nie zgadzam się z nimi. Ich propozycja w miarę mi się podoba, ale jej przeznaczeniem jest szybka, czasem wręcz niebezpieczna jazda. Fiszka natomiast sprawuję się idealnie, gdy nadchodzi czas na luźną przejażdżkę po okolicy. Nie jestem przekonana do longboarda, najpewniej przez to, że nie polubiłam się z deskorolką i wątpię, iż z nim będzie inaczej. Czy to przez tą długość? A może ciężar? Być może.

  A tak z innej beczki, dalej nie wiem jaki typ zdjęcia będzie lepszy. Ponawiam pytanie: wolicie zdjęcia niczym z polaroida, czy może zwykłe? Ja co prawda chyba mam swojego ulubieńca, jednak chciałabym poznać też Wasze zdanie. Poza tym, mam wielkie plany na przyszłość Bajdulek Kujonki, a  konkretnie założenie strony na Facebooku, tzw. fanpage. Co Wy na to? Jesteście za? Myślę, że to jest dobry pomysł na szybki kontakt z Wami, chociaż nie jestem pewna czy to dobry czas na to. Chciałabym poznać Waszą opinię na te tematy. Okej, pogadałam chwilę, to teraz się żegnam. Życzę miłej Wielkanocy, (a to nie za późno na życzenia?!) pomyślnego wtorku i ogólnie radosnego życia, Ludziska!

Megan Green

środa, 16 marca 2016

Paplanie o introwersji i wiośnie



Witam!

  Jestem w takim wieku, gdy moich rówieśników w większości interesują nowe bronie w tzw. Ce Esie, a ostatnią książką przez nich przeczytaną były Dzieci z Bullerbyn. Ogranicza to moje kontakty i sprawia, że w myślach uderzam się głośno w czoło. No i jak tu w takim towarzystwie otworzyć się oraz przestać być typowym samotnikiem skoro wiadomo, że nasze pasje nie mają nic wspólnego. Gdy tylko powiem coś mądrzejszego, inni patrzą się na mnie z zażenowaniem. Jednak to mnie nie smuci. Bardziej zniechęca mnie poziom naszych dialogów, gdzie rozmówca próbuje ubarwiać swoje słowa coraz to donośniejszym i bardziej krzykliwym głosem. Ale chwila, chwila. To jest temat na kiedy indziej.

  Jestem introwertykiem. Książki i obserwowanie latających mew cenię sobie bardziej niż towarzystwo homo sapiens. Ale czy to źle? Czy to się leczy? Czy teraz jestem Niezgodna? Nie, nie i nie! Szczerze uwielbiam swój dystans do świata i ludzi, poczucie samodzielności i niechęć do spędzania czasu w grupie. Prowadzi to często do dość interesujących sytuacji, gdyż jak już raz na jakiś czas wyjdę z domu, muszę na nowo ogarnąć bliskie mi otoczenie. W jakim sensie? Na przykład: aby skrócić czas czekania na światłach należy nacisnąć służący do tego przycisk. Aby nie zostać przejechanym przez tramwaj trzeba odsunąć się nieco bardziej od ulicy. Aby kupić coś w sklepie nie musisz przechodzić załamania nerwowego.

  I tak, wiem. Teraz myślicie, że jestem niestabilna psychicznie i stwarzam niebezpieczeństwo dla otoczenia. Ale spokojnie, wszystko jest ze mną dobrze. Może powinnam się bardziej udzielać? Wiosna, moja ulubiona pora roku, się zbliża. To idealny czas na wyjście na spacer lub poćwiczenie umiejętności jazdy na rolkach, tudzież deskorolce. Chyba, że powolna zmiana klimatu sprawi, iż dwudziestego marca spadnie śnieg. Hmmm... Najpewniej muszę szybko korzystać z aktualnej, całkiem ładnej pogody.

  Podsumowując, ten post nie zmieni najpewniej Waszego życia. Albo i zmieni. Nie wiem. Zawarłam w nim małą cząstkę mojego życia i osobowości, co najpewniej wywoła u Was uśmiech lub też zażenowanie. Ale spokojnie, w przyszłym tygodniu post będzie mniej filozoficzny, a bardziej wiosenny, radosny. Marcowe powietrze naprawdę świetnie inspiruje. Dodać jeszcze do tego album Mariny and the Diamonds pt. Froot i mam miłą, motywującą atmosferę. Tak więc kończę ten jakże nudny i mało ciekawy post zapraszając Was do korzystania z życia. I uważania na siebie wychodząc z domu. I czytania. No i może jeszcze do cieszenia się z ładnej pogody, jeśli taka u Was panuje.
Do zobaczenia 
Megan Green
  

sobota, 5 marca 2016

A wilkołaki lajkują...- Ulubieńcy lutego

Witam.

  Skończył się luty, a przy okazji, minął już drugi miesiąc istnienia tego bloga. Kurcze... Jestem pod wrażeniem mojej systematyczności. Bo w końcu dwa miesiące pisania o moich przemyśleniach, mimo że mała cząstka ludności to czyta, to jakiś wynik, co nie? Dobra, wróćmy do tematu. Przyszedł czas na podsumowanie lutego. Nie był to może i intensywny miesiąc, ale wycisnęłam z niego co się dało i napisałam A wilkołaki lajkują... Fajnie? Fajnie!

Wydarzenie miesiąca

  Luty był nudny. Dwadzieścia dziewięć dni przepełniały kartkówki, prace klasowe i ich przekładanie. Brzmi to może jak wymądrzanie się małolaty, ale tak naprawdę było. Jednak dostrzegłam w tym miesiącu coś wyjątkowego, a mianowicie walentynkowy wyjazd do Bydgoszczy. Wiem, wiem, w poście walentynkowym sama radziłam Wam, aby nie wychodzić z domu. Ale to był wyjątek! Muszę przyznać, że dobrze spędziłam tegoroczne Walentynki; zjadłam skandynawski obiadek Wiadomo (Albo I Nie) Gdzie, pochodziłam po sklepie meblowym szukając inspiracji i zagrałam w parę gier samochodowych ożywiających atmosferę. Ogólnie: super. Poza tym, ciekawym wydarzeniem w lutym jest dodatkowy dzień tworzący miesiąc przestępny. Czy to wpłynęło jakoś na moje życie? Cóż, miałam dodatkowe dwadzieścia cztery godziny na uczenie się do pracy klasowej z matematyki... Radość rośnie wokół nas!

Przedmiot miesiąca


 Tak, Przedmiotem Miesiąca jest kubek. Ale nie zwykły! Jest to mój ulubiony kubek, który dostałam od Pani Lis (jeśli to czytasz, wiedz że musiałam Ci nadać na tym blogu nowe imię. Podoba się? :) ) na urodziny. Co mogę powiedzieć, miło piję mi się z niego tęczową herbatkę. Tudzież kakao. Za to gorzej się robi mu zdjęcia. Masakra. Słońce się w nim odbija i zanim wymyśliłam jak to skorygować, minęło sporo czasu (czytaj: góra pięć minut. Ach ten niepotrzebny dramatyzm!). Ale tak, wyróżniam w lutym kubek z Nyan Cat. Boom!

Jedzenie/Napój miesiąca

 W tym miesiącu nie mogłam się oprzeć, jak to ja nazywam, pasztecikom. Chociaż, chwila. Nawet nie wiem czy to właściwie ma taką nazwę... (Szybkie sprawdzenie zasobów Internetu) O! Uwaga! Znalazłam prawidłową nazwę: Ciastko półfrancuskie z pieczarkami i kapustą. Zwał, jak zwał. Tak czy siak, cały miesiąc raczyłam się nim po powrocie ze szkoły. Do tego herbatka, jogurcik naturalny i mamy późne drugie śniadanie! Nie chciałabym teraz reklamować konkretnego sklepu, więc nie podam skąd ten pasztecik (tak, wiem że to nie jest pasztecik!) mam. Może poszukajcie w piekarniach lub sieciach supermarketów ze stoiskiem z pieczywem. Podsumowując: polecam.

 Muzyka miesiąca

  Jak co miesiąc staję się Waszym DJ'em i proponuję Wam utwory, których słucham non stop. 

Film miesiąca

A tym razem będzie to produkcja z YouTube! Zaskoczeni? Nie? Okej... Tak czy siak, polecam Wam krótki filmik Krzysztofa Gonciarza pt. Gdybyś był JAPOŃCZYKIEM. Opowiada on o życiu w Japonii i o tym, że teoretycznie nie różnimy się tak bardzo od ich mieszkańców. Bardzo ciekawe, idealne dla mnie, osoby pragnącej odwiedzić Kraj Kwitnącej Wiśni. 



I cóż, to było na tyle. Jeszcze na koniec chciałabym się spytać, czy wolicie zwykłe zdjęcia (jak ta fotografia kubka), czy wyglądające na zrobione polaroidem (zdjęcie roboto-zegara)? Nie potrafię się zdecydować, więc proszę Was o radę. Dobra, a więc kończę ten post. Na razie!
Megan Green