niedziela, 12 czerwca 2016

A wilkołaki lajkują...- Ulubieńcy maja



Witam ponownie!

  Uff... Nie powiem, stęskniłam się za tym specyficznym dźwiękiem stukania w klawiaturę. Odzwyczaiłam się od pisania. Duży błąd. Teraz powracam do miłej rutyny pisania z dawką subiektywnego podsumowania maja. Jak wspominałam na fanpage'u, wczoraj wybrałam się na rodzinny spacer po okolicy i porobiłam parę zdjęć. Nie chwaląc się oczywiście, myślę, że wyszły bardzo dobrze. Podrasować je jeszcze małą obróbką i będą moim małym dziełem sztuki. Dobra, po szybkim wstępie o fotografiach pora zająć się postem. Zapraszam!

Wydarzenie miesiąca

    Myślę, że najważniejszym wydarzeniem w tym miesiącu była wszechobecna praca. Pisałam już o tym w tym poście, jednak powtórzę. Maj był bardzo pracowity. Właściwie to maj i pierwszy tydzień czerwca. Ostatnie sprawdziany, kartkówki, stres przed wystawieniem ocen, pisanie artykułów do szkolnej gazety... Dużo tego było. Ale podkreślam było i już się skończyło. Większość ocen wystawiona (dla ciekawskich: jest świetnie, brawo ja! ^.^), wszystkie artykuły napisane i przesłane, a sezon na kartkówki i inne formy sprawdzenia wiedzy uczniów chyba został zakończony. Tak, pora na luz i odstresowanie się. A nie, chwila, został jeszcze występ wokalny w piątek... No to się wkopałam...

Przedmiot tygodnia


  Tak, dobrze widzicie. Bańki. Odzywa się mój infantylizm. Ale kto ich nie lubi? No kto? Zwłaszcza, gdy ma się spory okrąg (?) tworzący je i sprawiający, że są duże, okrąglutkie. Ale tak na serio. Kupiłam je pod koniec miesiąca będąc na okolicznym festynie, gdyż chciałam mieć choć jedną pamiątkę. W drodze powrotnej poczułam się znowu niczym beztroska sześciolatka i z uśmiechem na ustach zaczęłam puszczać bańki. Normalnie, na ulicy. Bąbelki lekko latały nad przechodniami, niektóre pękały prosto w ich twarze, ale jedno jest pewne: ożywiły szare ulice mojego miasta. Dawały mi wielką frajdę i poczucie dziecinnej bezkarności. Oczywiście nie zamierzałam poprzestać na jednej wyprawie z bańkami. Zabrałam je na miniwycieczkę szkolną, a nawet na zwykłe zakupy. Tak, one zasługują na ten tytuł. Macie też takie? Jeśli nie, naprawdę polecam kupić. Dzięki nim można przedwcześnie poczuć letni luz. Kto by pomyślał, że tak niewinny przedmiot może przynieść tyle radości? 

Muzyka miesiąca

Cleo- Wolę Być
Years & Years - Take Shelter 
Ariana Grande- Into you
Panic! At The Disco: Girls/Girls/Boys

Jedzenie miesiąca


    Nie jestem fanką lata. Może i są wakacje, ale idą z nimi olbrzymie upały. A jak już wiecie, nie cierpię ich. Jednak mimo wielkiego wstrętu do letnich temperatur są trzy powody, dla których czekam na tę porę roku: wakacje (o czym już mówiłam), kąpiele w morzu oraz truskawki. I właśnie tym ostatnim się teraz zajmę. Myślę, że truskawki są rzeczą, na którą można czekać cały rok, jak na Boże Narodzenie. Gdy już nadchodzi ich sezon, wykorzystujemy go i upychamy te owoce gdzie tylko się da: w cieście, w naleśnikach, na słono, na słodko, w pizzy, w koktajlach... Mogłabym tak wymieniać przez najbliższe dwa lata. Nawet nie zauważałam, że wypijam boską mieszankę mleka, cukru oraz truskawek jeden/dwa razy na dzień! Kiedyś, gdy byłam naprawdę bardzo mała, miałam chwilową alergię na nie. O zgrozo. Ale co chcę przez to powiedzieć? Chcę powiedzieć, że truskawki wymiatają. A zwłaszcza pod postacią cudownego koktajlu, który w tym miesiącu jest jedzeniem miesiąca. Koniec, kropka. 

Film tygodnia

  
Ta kategoria jest tymczasowo nieczynna. Autorka posta nie miała weny na oglądanie, a tym bardziej opisywanie jakiegokolwiek filmu. Za usterki przepraszamy.


  Kurcze, chyba tak się odzwyczaiłam się od długiego pisania, że aż zaczęły mnie boleć dłonie. Fascynujące. Tym razem się znowu śpieszę. Nie, dzisiaj się już nie uczę, dzisiaj oglądam Dziewczynę w czerwonej pelerynie. Tak więc szybko się z Wami żegnam i lecę się ogarnąć przed seansem. 

Powodzenia w poniedziałek!
Megan Green

Ps. Tak, pewnie jako jedna z niewielu Polaków nie oglądam meczu. I oczywiście sąsiedzi swoim kibicowaniem mi o tym przypominają...

poniedziałek, 30 maja 2016

Jeszcze tylko miesiąc



   Miesiąc. Konkretnie dwadzieścia dni. Dwadzieścia sześć z weekendami. Jeszcze tylko tyle zostało do końca roku szkolnego 2015/2016.

  Muszę przyznać, że mimo mojej nerdowskiego charakteru zawsze się cieszę z nadejścia wakacji. Bo przecież mało kto się nie cieszy. Nareszcie odpocznę od zakuwania na wszelkie prace klasowe, kartkówki, sprawdziany. Wyrzucę z umysłu wszelkie zgryzoty i przerażający stres ocenami (i nie żeby były złe, po prostu jestem z natury perfekcjonistką, wszystko, nawet oceny muszą być dopięte na ostatni guzik). Nie będę się przejmować się wszelkimi terminami. Na te dwa miesiące zapomnę o istnieniu mojej szkoły. No, a przynajmniej do przedostatniego tygodnia sierpnia. Wtedy rozpoczyna się u mnie okres fascynacji nowym rokiem szkolnym i wszystkim co z nim związane. Cóż, taki to ze mnie kujon!

  Jak już kiedyś wspomniałam, maj jest (a już niedługo będę mówić był!) dla mnie bardzo ciężki. Niby widać już na horyzoncie wakacje, niby czujesz już morską bryzę, zapach oscypków lub też wizję godzin spędzonych z bohaterami ulubionego serialu, a tu wszyscy Ci mówią, że jesteś w błędzie. Przecież w maju się jeszcze rok szkolny nie kończy, trzeba pracować za dwóch! Tak, to prawda, nie ma co jeszcze myśleć o niebieskich migdałach, ale bez przesady. Gdy na dworze jest ponad dwadzieścia stopni Celsiusza nikomu się nie chcę uczyć. Zwłaszcza, że powodów do nauki jest w tym miesiącu wiele. Wszakże należy trzymać poziom, pozostać z ocenami, które nas zadowalają, poprawić te gorsze i nie dać im się pogorszyć. To na pewno główny powód mojego zmęczenia i pragnienia odpoczynku. Dodać jeszcze do tego wszelkie dni wolne, które mimo, że się przydają, w nadmiarze powodują totalne wypadnięcie z rytmu i rozleniwienie. I jak tu teraz myśleć o szkole?
  
   Może i będę tęsknić za szkołą, za moją pozytywnie zwariowaną klasą, za pracą, która naprawdę mi sprawia przyjemność, ale mówi się trudno. Przecież to wszytko powróci we wrześniu, nie ma się czym zadręczać. Lepiej rozmyślać o planach na wakacje. A mam ich sporo i choć w większości są to małe błahostki, zależy mi na nich. Na liście znajduje się m.in. dalsza nauka japońskiego, o której nie mogę zapominać (moim celem jest opanowanie do końca roku określonego wcześniej materiału), prowadzenie wakacyjnego dziennika, no i oczywiście prowadzenie tego bloga. Przez te dwa miesiące będę miała wiele powodów do pisania, więc postaram się udzielać częściej. Chyba, że będę w miejscu bez dostępu do internetu, wtedy wpisy mogą być później. Ale nie ma co się jak na razie przejmować, na pewno dobrze wykorzystam te dwa miesiące. A w formie relaksu mam w planie podróże małe i duże oraz wkręcenie się w Star Butterfly kontra siły zła (muszę jakoś zapełnić pustkę po Wodogzmotach Małych. Ech... Ale to temat na kiedy indziej).

   Miesiąc. Konkretnie dwadzieścia dni. Dwadzieścia sześć z weekendami. Tylko tyle mi pozostało czasu, by nacieszyć się rokiem szkolnym 2015/2016. A potem już tylko pędzić autostradą do piekła prostą drogą do relaksu, przygód, legalnego lenistwa.

   Niestety, zanim to nastąpi muszę się zabrać za naukę z biologii. Już słyszę, jak wiadomości dotyczące liczby kręgów w kręgosłupie mnie wzywają. Na sam koniec mam pytanie: co Wy myślicie o tych dwudziestu/dwudziestu sześciu dniach szkoły? Umysłem już jesteście  nad morzem? Czy raczej przy ostatnich rozdziałach podręcznika? I jak chcecie wykorzystać tegoroczne wakacje? Ja się z Wami żegnam, biologia wzywa...
Megan Green

 Ps. A tak poza tym nie witałam się dzisiaj z Wami. Już to naprawiam: Witam na końcu posta!

niedziela, 22 maja 2016

Kilkudniowa przygoda na ośmiu kółkach


Witam.
  
   Jak już obwieszczałam na Facebooku, nadszedł ten czas, w którym opowiem co nieco o mojej przygodzie z rolkami. Chociaż muszę się do czegoś przyznać... Od około dwóch tygodni nie wychodziłam na przejażdżki. Dlaczego? Brak czasu, dużo pracy pod koniec roku szkolnego i coraz wyższa temperatura. Z tym ostatnim mogłabym sobie jeszcze poradzić, wystarczy, że będę wychodzić o 18:00. Niestety, nauka w maju mnie zamęcza i o tej godzinie jeszcze pracuję. No cóż.
  
   Tak więc do był jakże dołujący wstęp. Teraz mogę przejść do tej wesołej części. Post będzie może w stylu poradnika, zbioru opinii, zdjęć oraz poetyckich epitetów. I od razu powiem, że jak widać w tytule posta, moja przygoda z rolkami trwała zaledwie kilka dni. Nie jestem w tej dziedzinie specjalistką. Chcę po prostu wyrazić swoją opinię z perspektywy amatora. Dobra, teraz na prawdę przejdę do konkretów...
    
   Pewnej pięknej soboty stwierdziłam, że idę na rolki, Dlaczego? Nie wiem. Stwierdziłam, że skoro trwa majówka, a ja siedzę w domu, mogę trochę poćwiczyć jazdę. Oczywiście na początku bardziej chodziłam, niż jeździłam, ale się nie poddawałam. Młodsze ode mnie dzieciaki miały ubaw ze mnie, mówiły, że to już za późno na naukę. A ja to ignorowałam. I tak ćwiczyłam, ćwiczyłam, ćwiczyłam przez około dwie godziny.
   
   Następnego dnia zrobiłam sobie przerwę, by w poniedziałek podjąć drugą próbę. Był to dobry wybór. Jeździłam sobie tak godzinę i nagle zdałam sobie sprawę, że jeżdżę już całkiem dobrze. Potrafiłam w miarę płynnie się poruszać bez pomocy i chociaż miałam jeszcze pewne obawy, próbowałam dalej. Nagle, ni stąd ni zowąd, zauważyłam, że na zegarku nie było już godziny 18:00. Była 20:00. No, to się wkręciłam...
   
   Następnego dnia czekałam tylko na zwolnienie miejsca na podwórku i z radością wybiegłam na rolki. Tego dnia sunęłam po chodniku, który był w tym momencie moim królestwem. Ludzie się patrzyli, dziwiło ich to, jak zwykła gimbaza może w dzień wolny od południa siedzieć na dworze. A tak, gimbaza może robić coś innego niż siedzieć przed CS'em lub Facebookiem. Chociaż oczywiście nie wszystkie spojrzenia były pogardliwe. Niektóre miały w sobie fascynację i wielki podziw. Poza tym jednak ciężko było mi się przejmować tym, o czym myślą obcy dla mnie ludzie, gdyż miałam słuchawki i głośną muzykę. Najlepszy pomysł na motywację do wyjścia na np rolki? Muzyka. Dużo muzyki. Wiedzieliście, że do twórczości Die Antwoord można świetnie jeździć na rolkach? Nie? To teraz już wiecie. Ale wróćmy do tematu. Po dwóch, trzech godzinach powróciłam do domu lekko zawiedziona, że czas mi tak szybko zleciał. Po obiedzie nie miałam na nic ochoty, myślałam tylko o rolkach. I tak, po długich namysłach postanowiłam znowu zabrać plecak z rolkami i powrócić na podwórko. A tam? A tam na chodniku się znowu zadziała magia...
     
   Środa, ostatni dzień majówki. Nie był to dobry dzień dla rolek. Oświeciło mnie i zdałam sobie sprawę, że jutro trzeba iść do szkoły. Nie mam zbyt dużo do opowiadania o tym dniu. Pozwoliłam sobie na dwie godziny przejażdżki, później jednak musiałam powrócić do domu i ogarnąć się.


   Okej, to była moja opowieść o rolkach. Teraz pora na część poradnikową (?). Czy na rolkach się łatwo jeździ? No cóż, by osiągnąć poziom Jeżdżę bez trzymania się poręczy/ławek/drzew zajęło mi dwa dni. Ale to pewnie przez to, że nie mam zbyt dobrej koordynacji ruchowej. Tak czy siak, myślę, że nie jest trudno zrozumieć język rolek. Grunt to utrzymanie równowagi i wyzbycia się myśli, że upadniesz. Bo upadniesz i to pewnie nie jeden raz. Ale tak jest z każdym pojazdem (nie, nie chodzi mi tu o auta). Czy to rower, deskorolka, czy rolki, zawsze się zdarzy jakiś upadek. Najważniejsze, że podniesiesz się i spróbujesz jeszcze raz. Jestem tego dobrym przykładem, gdyż moja przygoda również zawierała upadki (oj, tyłek bolał...). Czego potrzebuję do nauki jazdy na rolkach? Rolek, czasu, ładnego chodnika, zapomnienia o strachu przed upadkiem. No i rękawiczek ochronnych. One są przydatne.

   To chyba tyle w tym poście. Czy mam zamiar kontynuować jazdę na rolkach? Być może. Maj jest jak na razie dla mnie dość ciężki, więc nie mam zbyt dużo czasu. Tak więc żegnam się z Wami z nadzieją, że zachęciłam Was do rolek. Ja pędzę do zeszytu z francuskiego, bo nazwy części ciała na mnie czekają.
Miłego życia! 
Megan Green

czwartek, 12 maja 2016

Otwórz się, ludzie to lubią


Witam.

 A może dzisiaj poruszę raczej rzadko spotykany temat? Temat o uzewnętrznianiu się na portalach społecznościowych?

 Gdy zakładałam fanpage'a, myślałam, że polepszy to moją sytuację na blogu, że popchnie go w dobrą stronę. Minął dzień od jego założenia, a ja zadaję sobie kluczowe pytanie: I co teraz? Mam teraz publikować każdy moment mojego życia? Bo przecież to się najczęściej robi na social mediach, czyż nie? A jak nie to, to co?

 Jeśli codziennie nie będę publikować uroczych selfie oraz chwaliła się tym co aktualnie jem, gdzie jestem i ile dni jeszcze zostało do mojego wyjazdu na Karaiby czy na inne Hawaje, to nikt nie zwróci na mnie uwagę. Taka prawda. Żyjemy w świecie, w którym globalizacja niszczy oryginalność i indywidualność. A nawet jeśli nie zniszczy, to przerobi naszą nieszablonowość na coś obrzydliwego i wulgarnego. Okazuje się, że blog lub profil na portalu społecznościowym, w którym autor dzieli się z obcymi ludźmi swoim życiem, jest bardziej popularny od takiego, gdzie takich informacji brak. Ludzie chcą wiedzieć o innych, chcą żyć ich życiem, poczuć się jak oni. Takie zjawisko coraz częściej spotykane jest nie tylko wśród celebrytów, ale i youtuberów czy blogerów. Dlaczego? 

 Dlaczego jeśli chcemy być zauważeni i popularni musimy się tak otwierać? Dlaczego post zawierający stylizację dnia jest ciekawszy, niż ten o filozoficznych przemyśleniach? Może chodzi o kwestię ogólnego wyglądu wpisu? Przecież wiadomym jest, że zdjęcia pierwsze przyciągają uwagę, dopiero potem treść. A może jednak to przez panującą modę? Tak, zapewne. 

 Jednak dobrze, chcę być tą inną, tą odstępującą od reszty. Czym w takim razie mogę przyciągnąć ludzi do bloga na Facebooku? Mówią: po prostu się udzielaj. Ale jak? Hmmm... Może zacznę pokazywać sposoby na idealną stylizację? Albo recenzować gąbki do rozsmarowywania makijażu? To ostatnio jest modne...

 Ale dobrze, jaki jest sens tego postu? Chodziło mi o to, że w dzisiejszych czasach jest ciężej być sobą. Wybieramy wygodniejsze rozwiązania, powielamy style od innych, bo nie chcę nam się robić coś innego. Dzielimy się swoim życiem mimo, że nawet nie wiemy po co. Jeśli o mnie chodzi, nie mam zamiaru powtarzać to, co już było. Mam zamiar pisać konkretnie, ale w swoim stylu. TAG'i raz na jakiś czas. A na fanpage'u zero dupereli (cóż za słownictwo!), tylko... Hmm... Coś na pewno. 

 Noszę koka, spędzam trochę czasu w internecie, wyżalam się ludziom z różnych zakątków świata. Ale nie ulegam globalizacji. Będę tą oryginalną.

Megan Green 


sobota, 30 kwietnia 2016

A wilkołaki lajkują...- Ulubieńcy kwietnia



Witam ponownie!

Dzisiaj jest ostatni dzień kwietnia, więc należałoby go ładnie i zwięźle podsumować, nie? Jest tylko jeden problem: brak weny. Ale spokojnie, spokojnie, mam na to wyjście! Aby temu zaradzić wyszłam na dwugodzinną randkę z fishboardem (cicho! Spoilerujesz!), a potem z rolkami. Pewnie spotkanie byłoby znacznie dłuższe, gdyby nie tam koszmarna pogoda. I nie, nie mówię tu o deszczu. Chodzi mi o dwudziestostopniowy upał (tak, dwadzieścia stopni to dla mnie upał. Już się obawiam lata!) i Słońce wypalające chodniki na bezchmurnym niebie. Komplet. Niestety, przez taką pogodę wychodzenie z domu w bluzie i bez nakrycia głowy nie jest zbyt przyjemne, więc musiałam się ewakuować do domu. Ale humor poprawiłam, wena wróciła, a deska cała szczęśliwa, bo nareszcie wyszłam z nią. Tak więc włączam najnowszy album Panic! At The Disco (moja nowa miłość!) i zaczynam pisać!  

Tonight we are victorious. Champagne pouring over us. All my friends were glorious. Tonight we are victorious...

Wydarzenie miesiąca

 Pisałam już o tym i nie ma opcji, abym wybrała cokolwiek innego. Wiecie, o co chodzi? Tak, myślę o Pyrkonie! Było to dla mnie niesamowite przeżycie. Bycie otaczanym przez tylu cosplayer'ów, tyle komiksów, taką ilość pozytywnej energii to po prostu marzenie. Zdobyłam wiele ciekawych pamiątek, zobaczyłam rzeczy, których nigdy nie widziałam, wysłuchałam prelekcji, którą długo komentowałam. Może i był to tylko jeden dzień oraz nie załapałam się na dwie prelekcje o Porze na Przygodę (chlip!) wspominam ten czas epicko. Pełną opowieść o tym wydarzeniu macie w wpisie Urodziny na bogato, gdzie w swój nietypowy sposób je opisuję.

Przedmiot miesiąca



 Przedmiotem miesiąca jest mój nowy pojazd, który dostałam na urodziny (chwalipięta!), a mianowicie Big Yamba. Powiem tak: ni to fishboard, ni to longboard. To coś tak jakby pomiędzy. Jest mniejszy niż longboard, lecz większy niż fishka. Ale wróćmy do tematu. Potrzebowałam poręcznego pojazdu prostego w nauce jazdy, którym przyjemnie będę się poruszać. Rolki są dobre, jednak mają swoją wielkość i ciężar, niespecjalnie mieszczą mi się w plecaku oraz zakładanie i zdejmowanie ich chwilę mi zajmuje. Roweru odpada, nigdy nie biorę pod uwagę. Deskorolkę już próbowałam okiełznać, ale jest stworzona do tricków, nie do swobodnej jazdy. Na szczęście odkryłam fishki i jej krewnych. Długą myślałam, co bardziej mi się podoba: fishboard czy Big Yamba. Wybrałam drugą i szczerze jestem zadowolona. Nie jestem jeszcze mistrzem w jeździe, ale już czuję tę frajdę z niej płynącą. Łatwo się nią skręca, poruszanie się na niej przypomina surfowanie (teoretycznie, czytałam, że przy tworzeniu fishek inspirowano się tym). Robi się coraz cieplej. Z jednej strony to źle, (upał, upał, upał...) ale z drugiej strony będę mogła częściej jeździć na niej. Już widzę moją jazdę podczas wakacji!

Muzyka miesiąca

Jedzenie tygodnia


Ostatnio przeszłam na zdrowy tryb życia. Po swojemu. Nie kontroluję maniakalnie liczby kalorii w spożytym posiłku, ani nie przechodzę na weganizm, ale ostatnimi czasy przestałam słodzić czegokolwiek białym cukrem. Zamiast tego używam jego trzcinowej wersji lub miodu. Zaczęłam też ćwiczyć! Co prawda nie tak obsesyjnie typu Nie ćwiczysz nie żyjesz! lub Fitness mym życiem!, jednak mogę się pochwalić tym, że ćwiczę raz w tygodniu po piętnaście/dwadzieścia minut. Zawsze coś! I nie robię tego, bo muszę schudnąć, czy coś. Po prostu chcę mieć więcej energii i siły na bieg, wspinaczkę czy na inny wysiłek fizyczny. Ej, chwila, odbiegłam od tematu! Jeżeli chodzi o zdrowy tryb życia, zrezygnowałam z słodkich płatków (żegnajcie Kochane, bardzo Was kochałam!) na rzecz owsianki, płatków kukurydzianych, a teraz kaszy mannej. I to ona będzie jedzeniem miesiąca. Według mnie, jest to świetna propozycja śniadania dla każdego. Nie lubisz bananów? Zrób kaszkę z orzechami! Masz uczulenie na orzechy? Zrób z truskawkami! Nie lubisz truskawek? Zrób z winogronami! I tak dalej... Pysznie! 

Film tygodnia

A filmem tygodnia będą... Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy! I wiem, wiem, największy szał na siódmą część był w grudniu, ale jeszcze wtedy tego bloga nie było. Teraz, jako, że zakupiłam film na DVD mogę wyrazić o nim moją opinię. Gdy byłam w kinie, uważałam film za kolejny cud świata. Tyle emocji, tyle sentymentu, tyle nadziei. Aktualnie, niestety, zauważam jedną wadę. Powtarzalność (Star Killer kolejną Gwiazdą Śmierci? Jakku niczym Tatooine? Najwyższy Porządek następnym Imperium? Może tak miało być...). Na szczęście film ma znacznie więcej zalet niż wad. Jestem zachwycona postaciami, np. Rey jako pierwszą naprawdę znaczącą postacią płci pięknej w serii. Nie jest księżniczką, tylko zwykłą dziewczyną z pustynnej planety, co też jest dobre. Ogólnie powrót do odległej galaktyki po dziesięciu latach był dla wszystkich fanów wielkim wydarzeniem i mimo, że nie byłam w dniu premiery psychofanką Gwiezdnych Wojen, byłam pod wielkim wrażeniem filmu. A teraz? A teraz każę wszystkim się uciszyć, by usłyszeć epicką melodię rozpoczynającą seans. CO poradzić? Taki ze mnie psychofan!

No i to było na tyle. Jutro oficjalnie rozpocznie się majówka. A ja podczas tych trzech dni nie będę uczestniczyć w żadnym grillu. Depresja. A wy? Jakie są Wasze plany na majówkę? A tak poza tym, założyłam fanpage! Nie wygląda może jeszcze nadzwyczajnie, ale to się zmieni. Jeśli więc chcecie być ze mną w kontakcie, zapraszam do lajkowania. To wszystko z mojej strony. Narka!
Megan Green

niedziela, 17 kwietnia 2016

Selfie bez selfie TAG

Witam!

  Ech, to błogie lenistwo... Siedzisz sobie popijając herbatę, słuchasz pierwszej płyty Kasabianów, rozmyślasz nad perspektywą wyniesienia śmieci oraz zastanawiasz się nad dwudniowym miauczeniem podwórkowego kota. Fascynujące. Nagle przypominasz sobie, że post na blogu jeszcze nienapisany, a za dwie godziny ma przyjść mała część rodziny. Ups. Cóż tak właśnie wyglądał początek mojej niedzieli (gdy zaczynałam pisać była dwunasta, teraz jest dwudziesta...)
  Stwierdziłam, że dawno nie było jakiegoś TAG'u. A jako, że ostatnimi czasy jest dość popularny Selfie TAG postanowiłam wstawić go na bloga. I przyznaję się, na początku myślałam, iż chodzi w nim o robienie sobie zdjęć... Brawo, Megan. Tak czy siak, pytania bardzo mi się spodobały, gdyż są nietypowe, a takie właśnie lubię. A więc, nie pozostało mi nic innego, jak tylko zaprosić do czytania. Enjoy.

1. Jaka jest twoja najlepsza cecha fizyczna?
Jestem przecież perfekcyjna! Tak na serio, bardzo lubię swoje oczy i usta. Oczy za ich kolor i radość w spojrzeniu. Kiedyś moja była już wychowawczyni życzyła mi, abym tą wesołość miała cały czas. Tak więc staram się robić. A usta? Za to, że nie ma w nich botoksu (ale mi się dzisiaj humor zaostrzył...) i ponieważ moja mama mówi, iż jest to jedyny element, który odziedziczyłam po niej. Może i jedyny, ale bardzo mi się podoba :)
2. Gdybyś mógł odwiedzić jakiekolwiek miejsce na ziemi to gdzie byś pojechał i dlaczego tam?
Prosta sprawa. Wielka Brytania, Japonia, Stany Zjednoczone, Korea Południowa... A konkretnie? A konkretnie, to mam zamiar umieścić na liście miasta, które chcę zwiedzić. Dobrze mieć porządny plan na podróże, gdyż rzucanie nazwami państw mi nie wystarcza. Ale wracam do tematu. Dlaczego? Bo Wielką Brytanię uważam za swoje miejsce na Ziemi. Bo kocham dziwactwa Japończyków. Bo chcę przejechać przez sześć stref czasowych w jednym państwie. Bo you got no jams i oryginalność. Tyle w tym temacie.
3. Co potrzebujesz żeby poczuć się lepiej gdy jesteś chory?
Jeśli o to chodzi, nie jestem zbyt wybredna. Może dlatego, że rzadko choruję? Podczas choroby najczęściej potrzebuję kanapy, herbaty, telewizji lub książki. No i jeszcze coś do jedzenia. Tylko podczas naprawdę ciężkiej choroby tracę apetyt.  
4. Jaką jedną poradę dałbyś młodzieży i dlaczego?
Głupio mi się na ten temat wypowiadać, gdyż sama należę do grupy młodzieży... Hmm...
5. Jak myślisz jakim zwierzęciem byłeś/mógłbyś być w swoim poprzednim wcieleniu?
Ooo, ciekawe pytanie... Myślę, że sową, ponieważ kocham ptaki oraz mam naturalną potrzebę latania. Poza tym to symbol mądrości, co nie? Oprócz tego mam wiele cech podobnych do mopsa... Ciekawe...
6. Gdybyś mógł cofnąć się w czasie co byś zmienił?
Nie chcę się zbytnio wyżalać, więc powiem tylko tyle, że doceniłabym towarzystwo osób, których już nie ma na świecie. Ale tak poza tym to chyba nic bym nie zmieniała. Zawsze mówię, że życie jest jak książka: są lepsze i gorsze rozdziały, ale żadnych nie można pominąć. Czy jakoś tak. Ale wiecie o co mi chodzi. Wierzę w przeznaczenie, czuję, że nic się nie dzieje bez przyczyny. Jeju, ale się poważnie zrobiło...
7. Co robisz dla rozrywki w weekendy?
Wychodzę na dzikie imprezy i wracam do domu w poniedziałki rano by zdążyć do szkoły.
Tiaa, jasne. Wolne żarty! W soboty najczęściej mam totalnie leniwe dni, w które zapominam, że życie istnieje poza kanapą. Niedziela za to jest dniem mobilizacji, szybkiego odrabiania lekcji oraz uczenia się. Co poradzić, tak już mam.
8. Co denerwuje Cię w miejscu gdzie pracujesz?
Tylko, że ja nie pracuję. Jeszcze.
9. Nie mogę żyć bez _________.
Muszę przyznać, że myślałam nad tym pytaniem cały dzień. Bez książek? Bez optymizmu? Bez jedzenia (to chyba logiczne, człowiek długo nie pożyje bez jedzenia)? Na koniec stwierdziłam, że nie mogę żyć bez... Muzyki! Towarzyszy mi przy radosnych, smutnych, nudnych, pracowitych i wielu innych chwilach. Nawet teraz słucham muzyki! Myślę, że jest to rzecz bez której nie mogę żyć, (przerwa na spojrzenie przez okno i zlokalizowanie miauczącego kota) gdyż wprawia mnie w dobry nastrój i pozwala odejść od rzeczywistości. 
10. Jakbyś mógł mieć jedną super moc w swoim życiu to jaka by to była super moc?
O! Najlepsze na koniec! Dla mnie najciekawszą super mocą byłaby kontrola nad czasem w stylu przewijania i zatrzymywania go. Co prawda nie chciałabym skończyć jak Max z  Life i strange, ale nic nie poradzę na to, że to ciekawy talent. Teoretycznie podoba mi się też moc kontroli nad żywiołami, chyba nawet bardziej niż sterowanie czasem. Przyniosłoby to mniej konsekwencji niż tworzenie paradoksów itp. Poza tym, kto nie chciałby się poczuć jak syrenka z H2O: Wystarczy kropla? Kto?

  I jak się czujecie? Poprawiłam Wam humor? Pogorszyłam? Cóż, osobiście mam potrzebę napicia się herbaty. Chyba się od niej uzależniłam. W takim razie idę zrobić sobie herbatę i udzielać się oglądając Masterchef'a Juniora. Podsumowując, zapraszam do komentowania i wyrażania swoich opinii na temat... Życia? Do zobaczenia kiedy indziej.

Megan Green

Ps. Rozmyślam nad założeniem fanpage'a!

niedziela, 10 kwietnia 2016

Urodziny na bogato

Witam.

  Działo się sporo.

  Wczoraj skończyłam oficjalnie x lat. Wybrałam się na Pyrkon. Dużo się śmiałam. Zdobyłam Pocky (tak bardzo fascynacja Japonią). Wyszłam z domu. Ogólnie mam z czego się cieszyć.

  Ale zacznijmy od początku. Nigdy nie pisałam postów w stylu: byłam tu, zjadłam to, zrobiłam sobie selfie z tym, ale spróbuję. Wczoraj wstałam o szóstej rano, by o około jedenastej stać w kolejce do pyrkasy (przepraszam za to słowotwórstwo, ale nie mogę się powstrzymać od dodawania wszędzie sylaby pyr- :D). Postałam, pograłam w Czółko oraz Myślę o pewnej liczbie, a po godzince weszłam do budynku głównego. Potem tylko kupno biletów, napisanie nazwy uczestnika (oczywiście myślałam, że należy wpisać prawdziwe imię, a chodziło o ciekawą ksywkę. Brawo, Megan...) i znalezienie miejsca, w którym odbywać ma się pierwsza prelekcja. Co do ostatniego, niestety, była to mała porażka z mojej strony, gdyż najpewniej skończyło się miejsce na sali i musiałam zrezygnować. No cóż, mówi się trudno.

  Zamiast tego ruszyłam w stronę Krainy Wystawców, gdzie, muszę przyznać, można było się nieźle obłowić. Każdy sklep, to nowa okazja do zakupu. Koszulki, używane mangi, koszulki, książki, gadżety tematyczne, koszulki... Dużo do wyboru. Osobiście zdecydowałam się na kupno pierwszej części całkiem dobrej mangi pt. Servamp, lutowy magazyn Otaku, paczkę czekoladowych Pocky'ów oraz los na loterii, gdzie wygrałam przypinkę z Pory na Przygodę. Zadowolona  z zakupów, zaczęłam się zastanawiać, dokąd mam teraz pójść. Zależało mi na spotkaniu dotyczącym DeviantArta, jednak ostatecznie wybrałam się do Hali BGE związanej z grami.

  Po spędzeniu tam godziny nastała pora na pójście na prelekcję pt. Kim stały się dla nas wampiry?. Byłam bardzo ciekawa zdania innych na temat wizerunku wampira jako Dracula czy też Nosferatu, który później przeobraził się Edwarda Cullena.Ustawiłam się dwadzieścia minut wcześniej w kolejce, (to była dobra decyzja, gdyż pięć minut przed rozpoczęciem prelekcji za mną stało już sporo osób. Wygrałam życie.) a następnie po dość krótkim czekaniu zasiadłam na wygodnym fotelu (teoretycznie, po czterogodzinnym marszu przez cały teren Pyrkonu nawet kawałek deski byłby dla mnie komfortowy...). Sam wykład mnie nie zachwycił, spodziewałam lepszego podejścia do sprawy. Chociaż nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dowiedziałam się, że w Rumunii wygrzebano z grobów bardzo stare zwłoki i nie było na nich widać śladów gnicia. Wyglądały tak samo, jak sprzed paruset lat, jak dobrze zrozumiałam. Cóż, bardzo ciekawe...

   Dalej powłóczyłam się do miejsc, w których mnie jeszcze nie było. Gdy już wszystko zostało zwiedzone, często nawet dwa razy, nadszedł ten smutny czas pożegnania i odejścia. Wychodząc, ostatni raz spojrzałam na jakże wysoki budynek wiedząc, że jeszcze kiedyś tu wrócę. I wyszłam zabierając ze sobą dobre wspomnienia i pamiątki, oczywiście.

  Tak spędziłam swoje x urodziny. Zadowolona oraz przepełniona energią mogę się zmierzyć z rzeczywistością. I pracą klasową z matmy. I dyktandem. I poniedziałkiem. Będzie dobrze.

Megan Green