niedziela, 12 czerwca 2016

A wilkołaki lajkują...- Ulubieńcy maja



Witam ponownie!

  Uff... Nie powiem, stęskniłam się za tym specyficznym dźwiękiem stukania w klawiaturę. Odzwyczaiłam się od pisania. Duży błąd. Teraz powracam do miłej rutyny pisania z dawką subiektywnego podsumowania maja. Jak wspominałam na fanpage'u, wczoraj wybrałam się na rodzinny spacer po okolicy i porobiłam parę zdjęć. Nie chwaląc się oczywiście, myślę, że wyszły bardzo dobrze. Podrasować je jeszcze małą obróbką i będą moim małym dziełem sztuki. Dobra, po szybkim wstępie o fotografiach pora zająć się postem. Zapraszam!

Wydarzenie miesiąca

    Myślę, że najważniejszym wydarzeniem w tym miesiącu była wszechobecna praca. Pisałam już o tym w tym poście, jednak powtórzę. Maj był bardzo pracowity. Właściwie to maj i pierwszy tydzień czerwca. Ostatnie sprawdziany, kartkówki, stres przed wystawieniem ocen, pisanie artykułów do szkolnej gazety... Dużo tego było. Ale podkreślam było i już się skończyło. Większość ocen wystawiona (dla ciekawskich: jest świetnie, brawo ja! ^.^), wszystkie artykuły napisane i przesłane, a sezon na kartkówki i inne formy sprawdzenia wiedzy uczniów chyba został zakończony. Tak, pora na luz i odstresowanie się. A nie, chwila, został jeszcze występ wokalny w piątek... No to się wkopałam...

Przedmiot tygodnia


  Tak, dobrze widzicie. Bańki. Odzywa się mój infantylizm. Ale kto ich nie lubi? No kto? Zwłaszcza, gdy ma się spory okrąg (?) tworzący je i sprawiający, że są duże, okrąglutkie. Ale tak na serio. Kupiłam je pod koniec miesiąca będąc na okolicznym festynie, gdyż chciałam mieć choć jedną pamiątkę. W drodze powrotnej poczułam się znowu niczym beztroska sześciolatka i z uśmiechem na ustach zaczęłam puszczać bańki. Normalnie, na ulicy. Bąbelki lekko latały nad przechodniami, niektóre pękały prosto w ich twarze, ale jedno jest pewne: ożywiły szare ulice mojego miasta. Dawały mi wielką frajdę i poczucie dziecinnej bezkarności. Oczywiście nie zamierzałam poprzestać na jednej wyprawie z bańkami. Zabrałam je na miniwycieczkę szkolną, a nawet na zwykłe zakupy. Tak, one zasługują na ten tytuł. Macie też takie? Jeśli nie, naprawdę polecam kupić. Dzięki nim można przedwcześnie poczuć letni luz. Kto by pomyślał, że tak niewinny przedmiot może przynieść tyle radości? 

Muzyka miesiąca

Cleo- Wolę Być
Years & Years - Take Shelter 
Ariana Grande- Into you
Panic! At The Disco: Girls/Girls/Boys

Jedzenie miesiąca


    Nie jestem fanką lata. Może i są wakacje, ale idą z nimi olbrzymie upały. A jak już wiecie, nie cierpię ich. Jednak mimo wielkiego wstrętu do letnich temperatur są trzy powody, dla których czekam na tę porę roku: wakacje (o czym już mówiłam), kąpiele w morzu oraz truskawki. I właśnie tym ostatnim się teraz zajmę. Myślę, że truskawki są rzeczą, na którą można czekać cały rok, jak na Boże Narodzenie. Gdy już nadchodzi ich sezon, wykorzystujemy go i upychamy te owoce gdzie tylko się da: w cieście, w naleśnikach, na słono, na słodko, w pizzy, w koktajlach... Mogłabym tak wymieniać przez najbliższe dwa lata. Nawet nie zauważałam, że wypijam boską mieszankę mleka, cukru oraz truskawek jeden/dwa razy na dzień! Kiedyś, gdy byłam naprawdę bardzo mała, miałam chwilową alergię na nie. O zgrozo. Ale co chcę przez to powiedzieć? Chcę powiedzieć, że truskawki wymiatają. A zwłaszcza pod postacią cudownego koktajlu, który w tym miesiącu jest jedzeniem miesiąca. Koniec, kropka. 

Film tygodnia

  
Ta kategoria jest tymczasowo nieczynna. Autorka posta nie miała weny na oglądanie, a tym bardziej opisywanie jakiegokolwiek filmu. Za usterki przepraszamy.


  Kurcze, chyba tak się odzwyczaiłam się od długiego pisania, że aż zaczęły mnie boleć dłonie. Fascynujące. Tym razem się znowu śpieszę. Nie, dzisiaj się już nie uczę, dzisiaj oglądam Dziewczynę w czerwonej pelerynie. Tak więc szybko się z Wami żegnam i lecę się ogarnąć przed seansem. 

Powodzenia w poniedziałek!
Megan Green

Ps. Tak, pewnie jako jedna z niewielu Polaków nie oglądam meczu. I oczywiście sąsiedzi swoim kibicowaniem mi o tym przypominają...

poniedziałek, 30 maja 2016

Jeszcze tylko miesiąc



   Miesiąc. Konkretnie dwadzieścia dni. Dwadzieścia sześć z weekendami. Jeszcze tylko tyle zostało do końca roku szkolnego 2015/2016.

  Muszę przyznać, że mimo mojej nerdowskiego charakteru zawsze się cieszę z nadejścia wakacji. Bo przecież mało kto się nie cieszy. Nareszcie odpocznę od zakuwania na wszelkie prace klasowe, kartkówki, sprawdziany. Wyrzucę z umysłu wszelkie zgryzoty i przerażający stres ocenami (i nie żeby były złe, po prostu jestem z natury perfekcjonistką, wszystko, nawet oceny muszą być dopięte na ostatni guzik). Nie będę się przejmować się wszelkimi terminami. Na te dwa miesiące zapomnę o istnieniu mojej szkoły. No, a przynajmniej do przedostatniego tygodnia sierpnia. Wtedy rozpoczyna się u mnie okres fascynacji nowym rokiem szkolnym i wszystkim co z nim związane. Cóż, taki to ze mnie kujon!

  Jak już kiedyś wspomniałam, maj jest (a już niedługo będę mówić był!) dla mnie bardzo ciężki. Niby widać już na horyzoncie wakacje, niby czujesz już morską bryzę, zapach oscypków lub też wizję godzin spędzonych z bohaterami ulubionego serialu, a tu wszyscy Ci mówią, że jesteś w błędzie. Przecież w maju się jeszcze rok szkolny nie kończy, trzeba pracować za dwóch! Tak, to prawda, nie ma co jeszcze myśleć o niebieskich migdałach, ale bez przesady. Gdy na dworze jest ponad dwadzieścia stopni Celsiusza nikomu się nie chcę uczyć. Zwłaszcza, że powodów do nauki jest w tym miesiącu wiele. Wszakże należy trzymać poziom, pozostać z ocenami, które nas zadowalają, poprawić te gorsze i nie dać im się pogorszyć. To na pewno główny powód mojego zmęczenia i pragnienia odpoczynku. Dodać jeszcze do tego wszelkie dni wolne, które mimo, że się przydają, w nadmiarze powodują totalne wypadnięcie z rytmu i rozleniwienie. I jak tu teraz myśleć o szkole?
  
   Może i będę tęsknić za szkołą, za moją pozytywnie zwariowaną klasą, za pracą, która naprawdę mi sprawia przyjemność, ale mówi się trudno. Przecież to wszytko powróci we wrześniu, nie ma się czym zadręczać. Lepiej rozmyślać o planach na wakacje. A mam ich sporo i choć w większości są to małe błahostki, zależy mi na nich. Na liście znajduje się m.in. dalsza nauka japońskiego, o której nie mogę zapominać (moim celem jest opanowanie do końca roku określonego wcześniej materiału), prowadzenie wakacyjnego dziennika, no i oczywiście prowadzenie tego bloga. Przez te dwa miesiące będę miała wiele powodów do pisania, więc postaram się udzielać częściej. Chyba, że będę w miejscu bez dostępu do internetu, wtedy wpisy mogą być później. Ale nie ma co się jak na razie przejmować, na pewno dobrze wykorzystam te dwa miesiące. A w formie relaksu mam w planie podróże małe i duże oraz wkręcenie się w Star Butterfly kontra siły zła (muszę jakoś zapełnić pustkę po Wodogzmotach Małych. Ech... Ale to temat na kiedy indziej).

   Miesiąc. Konkretnie dwadzieścia dni. Dwadzieścia sześć z weekendami. Tylko tyle mi pozostało czasu, by nacieszyć się rokiem szkolnym 2015/2016. A potem już tylko pędzić autostradą do piekła prostą drogą do relaksu, przygód, legalnego lenistwa.

   Niestety, zanim to nastąpi muszę się zabrać za naukę z biologii. Już słyszę, jak wiadomości dotyczące liczby kręgów w kręgosłupie mnie wzywają. Na sam koniec mam pytanie: co Wy myślicie o tych dwudziestu/dwudziestu sześciu dniach szkoły? Umysłem już jesteście  nad morzem? Czy raczej przy ostatnich rozdziałach podręcznika? I jak chcecie wykorzystać tegoroczne wakacje? Ja się z Wami żegnam, biologia wzywa...
Megan Green

 Ps. A tak poza tym nie witałam się dzisiaj z Wami. Już to naprawiam: Witam na końcu posta!

niedziela, 22 maja 2016

Kilkudniowa przygoda na ośmiu kółkach


Witam.
  
   Jak już obwieszczałam na Facebooku, nadszedł ten czas, w którym opowiem co nieco o mojej przygodzie z rolkami. Chociaż muszę się do czegoś przyznać... Od około dwóch tygodni nie wychodziłam na przejażdżki. Dlaczego? Brak czasu, dużo pracy pod koniec roku szkolnego i coraz wyższa temperatura. Z tym ostatnim mogłabym sobie jeszcze poradzić, wystarczy, że będę wychodzić o 18:00. Niestety, nauka w maju mnie zamęcza i o tej godzinie jeszcze pracuję. No cóż.
  
   Tak więc do był jakże dołujący wstęp. Teraz mogę przejść do tej wesołej części. Post będzie może w stylu poradnika, zbioru opinii, zdjęć oraz poetyckich epitetów. I od razu powiem, że jak widać w tytule posta, moja przygoda z rolkami trwała zaledwie kilka dni. Nie jestem w tej dziedzinie specjalistką. Chcę po prostu wyrazić swoją opinię z perspektywy amatora. Dobra, teraz na prawdę przejdę do konkretów...
    
   Pewnej pięknej soboty stwierdziłam, że idę na rolki, Dlaczego? Nie wiem. Stwierdziłam, że skoro trwa majówka, a ja siedzę w domu, mogę trochę poćwiczyć jazdę. Oczywiście na początku bardziej chodziłam, niż jeździłam, ale się nie poddawałam. Młodsze ode mnie dzieciaki miały ubaw ze mnie, mówiły, że to już za późno na naukę. A ja to ignorowałam. I tak ćwiczyłam, ćwiczyłam, ćwiczyłam przez około dwie godziny.
   
   Następnego dnia zrobiłam sobie przerwę, by w poniedziałek podjąć drugą próbę. Był to dobry wybór. Jeździłam sobie tak godzinę i nagle zdałam sobie sprawę, że jeżdżę już całkiem dobrze. Potrafiłam w miarę płynnie się poruszać bez pomocy i chociaż miałam jeszcze pewne obawy, próbowałam dalej. Nagle, ni stąd ni zowąd, zauważyłam, że na zegarku nie było już godziny 18:00. Była 20:00. No, to się wkręciłam...
   
   Następnego dnia czekałam tylko na zwolnienie miejsca na podwórku i z radością wybiegłam na rolki. Tego dnia sunęłam po chodniku, który był w tym momencie moim królestwem. Ludzie się patrzyli, dziwiło ich to, jak zwykła gimbaza może w dzień wolny od południa siedzieć na dworze. A tak, gimbaza może robić coś innego niż siedzieć przed CS'em lub Facebookiem. Chociaż oczywiście nie wszystkie spojrzenia były pogardliwe. Niektóre miały w sobie fascynację i wielki podziw. Poza tym jednak ciężko było mi się przejmować tym, o czym myślą obcy dla mnie ludzie, gdyż miałam słuchawki i głośną muzykę. Najlepszy pomysł na motywację do wyjścia na np rolki? Muzyka. Dużo muzyki. Wiedzieliście, że do twórczości Die Antwoord można świetnie jeździć na rolkach? Nie? To teraz już wiecie. Ale wróćmy do tematu. Po dwóch, trzech godzinach powróciłam do domu lekko zawiedziona, że czas mi tak szybko zleciał. Po obiedzie nie miałam na nic ochoty, myślałam tylko o rolkach. I tak, po długich namysłach postanowiłam znowu zabrać plecak z rolkami i powrócić na podwórko. A tam? A tam na chodniku się znowu zadziała magia...
     
   Środa, ostatni dzień majówki. Nie był to dobry dzień dla rolek. Oświeciło mnie i zdałam sobie sprawę, że jutro trzeba iść do szkoły. Nie mam zbyt dużo do opowiadania o tym dniu. Pozwoliłam sobie na dwie godziny przejażdżki, później jednak musiałam powrócić do domu i ogarnąć się.


   Okej, to była moja opowieść o rolkach. Teraz pora na część poradnikową (?). Czy na rolkach się łatwo jeździ? No cóż, by osiągnąć poziom Jeżdżę bez trzymania się poręczy/ławek/drzew zajęło mi dwa dni. Ale to pewnie przez to, że nie mam zbyt dobrej koordynacji ruchowej. Tak czy siak, myślę, że nie jest trudno zrozumieć język rolek. Grunt to utrzymanie równowagi i wyzbycia się myśli, że upadniesz. Bo upadniesz i to pewnie nie jeden raz. Ale tak jest z każdym pojazdem (nie, nie chodzi mi tu o auta). Czy to rower, deskorolka, czy rolki, zawsze się zdarzy jakiś upadek. Najważniejsze, że podniesiesz się i spróbujesz jeszcze raz. Jestem tego dobrym przykładem, gdyż moja przygoda również zawierała upadki (oj, tyłek bolał...). Czego potrzebuję do nauki jazdy na rolkach? Rolek, czasu, ładnego chodnika, zapomnienia o strachu przed upadkiem. No i rękawiczek ochronnych. One są przydatne.

   To chyba tyle w tym poście. Czy mam zamiar kontynuować jazdę na rolkach? Być może. Maj jest jak na razie dla mnie dość ciężki, więc nie mam zbyt dużo czasu. Tak więc żegnam się z Wami z nadzieją, że zachęciłam Was do rolek. Ja pędzę do zeszytu z francuskiego, bo nazwy części ciała na mnie czekają.
Miłego życia! 
Megan Green

czwartek, 12 maja 2016

Otwórz się, ludzie to lubią


Witam.

 A może dzisiaj poruszę raczej rzadko spotykany temat? Temat o uzewnętrznianiu się na portalach społecznościowych?

 Gdy zakładałam fanpage'a, myślałam, że polepszy to moją sytuację na blogu, że popchnie go w dobrą stronę. Minął dzień od jego założenia, a ja zadaję sobie kluczowe pytanie: I co teraz? Mam teraz publikować każdy moment mojego życia? Bo przecież to się najczęściej robi na social mediach, czyż nie? A jak nie to, to co?

 Jeśli codziennie nie będę publikować uroczych selfie oraz chwaliła się tym co aktualnie jem, gdzie jestem i ile dni jeszcze zostało do mojego wyjazdu na Karaiby czy na inne Hawaje, to nikt nie zwróci na mnie uwagę. Taka prawda. Żyjemy w świecie, w którym globalizacja niszczy oryginalność i indywidualność. A nawet jeśli nie zniszczy, to przerobi naszą nieszablonowość na coś obrzydliwego i wulgarnego. Okazuje się, że blog lub profil na portalu społecznościowym, w którym autor dzieli się z obcymi ludźmi swoim życiem, jest bardziej popularny od takiego, gdzie takich informacji brak. Ludzie chcą wiedzieć o innych, chcą żyć ich życiem, poczuć się jak oni. Takie zjawisko coraz częściej spotykane jest nie tylko wśród celebrytów, ale i youtuberów czy blogerów. Dlaczego? 

 Dlaczego jeśli chcemy być zauważeni i popularni musimy się tak otwierać? Dlaczego post zawierający stylizację dnia jest ciekawszy, niż ten o filozoficznych przemyśleniach? Może chodzi o kwestię ogólnego wyglądu wpisu? Przecież wiadomym jest, że zdjęcia pierwsze przyciągają uwagę, dopiero potem treść. A może jednak to przez panującą modę? Tak, zapewne. 

 Jednak dobrze, chcę być tą inną, tą odstępującą od reszty. Czym w takim razie mogę przyciągnąć ludzi do bloga na Facebooku? Mówią: po prostu się udzielaj. Ale jak? Hmmm... Może zacznę pokazywać sposoby na idealną stylizację? Albo recenzować gąbki do rozsmarowywania makijażu? To ostatnio jest modne...

 Ale dobrze, jaki jest sens tego postu? Chodziło mi o to, że w dzisiejszych czasach jest ciężej być sobą. Wybieramy wygodniejsze rozwiązania, powielamy style od innych, bo nie chcę nam się robić coś innego. Dzielimy się swoim życiem mimo, że nawet nie wiemy po co. Jeśli o mnie chodzi, nie mam zamiaru powtarzać to, co już było. Mam zamiar pisać konkretnie, ale w swoim stylu. TAG'i raz na jakiś czas. A na fanpage'u zero dupereli (cóż za słownictwo!), tylko... Hmm... Coś na pewno. 

 Noszę koka, spędzam trochę czasu w internecie, wyżalam się ludziom z różnych zakątków świata. Ale nie ulegam globalizacji. Będę tą oryginalną.

Megan Green 


sobota, 30 kwietnia 2016

A wilkołaki lajkują...- Ulubieńcy kwietnia



Witam ponownie!

Dzisiaj jest ostatni dzień kwietnia, więc należałoby go ładnie i zwięźle podsumować, nie? Jest tylko jeden problem: brak weny. Ale spokojnie, spokojnie, mam na to wyjście! Aby temu zaradzić wyszłam na dwugodzinną randkę z fishboardem (cicho! Spoilerujesz!), a potem z rolkami. Pewnie spotkanie byłoby znacznie dłuższe, gdyby nie tam koszmarna pogoda. I nie, nie mówię tu o deszczu. Chodzi mi o dwudziestostopniowy upał (tak, dwadzieścia stopni to dla mnie upał. Już się obawiam lata!) i Słońce wypalające chodniki na bezchmurnym niebie. Komplet. Niestety, przez taką pogodę wychodzenie z domu w bluzie i bez nakrycia głowy nie jest zbyt przyjemne, więc musiałam się ewakuować do domu. Ale humor poprawiłam, wena wróciła, a deska cała szczęśliwa, bo nareszcie wyszłam z nią. Tak więc włączam najnowszy album Panic! At The Disco (moja nowa miłość!) i zaczynam pisać!  

Tonight we are victorious. Champagne pouring over us. All my friends were glorious. Tonight we are victorious...

Wydarzenie miesiąca

 Pisałam już o tym i nie ma opcji, abym wybrała cokolwiek innego. Wiecie, o co chodzi? Tak, myślę o Pyrkonie! Było to dla mnie niesamowite przeżycie. Bycie otaczanym przez tylu cosplayer'ów, tyle komiksów, taką ilość pozytywnej energii to po prostu marzenie. Zdobyłam wiele ciekawych pamiątek, zobaczyłam rzeczy, których nigdy nie widziałam, wysłuchałam prelekcji, którą długo komentowałam. Może i był to tylko jeden dzień oraz nie załapałam się na dwie prelekcje o Porze na Przygodę (chlip!) wspominam ten czas epicko. Pełną opowieść o tym wydarzeniu macie w wpisie Urodziny na bogato, gdzie w swój nietypowy sposób je opisuję.

Przedmiot miesiąca



 Przedmiotem miesiąca jest mój nowy pojazd, który dostałam na urodziny (chwalipięta!), a mianowicie Big Yamba. Powiem tak: ni to fishboard, ni to longboard. To coś tak jakby pomiędzy. Jest mniejszy niż longboard, lecz większy niż fishka. Ale wróćmy do tematu. Potrzebowałam poręcznego pojazdu prostego w nauce jazdy, którym przyjemnie będę się poruszać. Rolki są dobre, jednak mają swoją wielkość i ciężar, niespecjalnie mieszczą mi się w plecaku oraz zakładanie i zdejmowanie ich chwilę mi zajmuje. Roweru odpada, nigdy nie biorę pod uwagę. Deskorolkę już próbowałam okiełznać, ale jest stworzona do tricków, nie do swobodnej jazdy. Na szczęście odkryłam fishki i jej krewnych. Długą myślałam, co bardziej mi się podoba: fishboard czy Big Yamba. Wybrałam drugą i szczerze jestem zadowolona. Nie jestem jeszcze mistrzem w jeździe, ale już czuję tę frajdę z niej płynącą. Łatwo się nią skręca, poruszanie się na niej przypomina surfowanie (teoretycznie, czytałam, że przy tworzeniu fishek inspirowano się tym). Robi się coraz cieplej. Z jednej strony to źle, (upał, upał, upał...) ale z drugiej strony będę mogła częściej jeździć na niej. Już widzę moją jazdę podczas wakacji!

Muzyka miesiąca

Jedzenie tygodnia


Ostatnio przeszłam na zdrowy tryb życia. Po swojemu. Nie kontroluję maniakalnie liczby kalorii w spożytym posiłku, ani nie przechodzę na weganizm, ale ostatnimi czasy przestałam słodzić czegokolwiek białym cukrem. Zamiast tego używam jego trzcinowej wersji lub miodu. Zaczęłam też ćwiczyć! Co prawda nie tak obsesyjnie typu Nie ćwiczysz nie żyjesz! lub Fitness mym życiem!, jednak mogę się pochwalić tym, że ćwiczę raz w tygodniu po piętnaście/dwadzieścia minut. Zawsze coś! I nie robię tego, bo muszę schudnąć, czy coś. Po prostu chcę mieć więcej energii i siły na bieg, wspinaczkę czy na inny wysiłek fizyczny. Ej, chwila, odbiegłam od tematu! Jeżeli chodzi o zdrowy tryb życia, zrezygnowałam z słodkich płatków (żegnajcie Kochane, bardzo Was kochałam!) na rzecz owsianki, płatków kukurydzianych, a teraz kaszy mannej. I to ona będzie jedzeniem miesiąca. Według mnie, jest to świetna propozycja śniadania dla każdego. Nie lubisz bananów? Zrób kaszkę z orzechami! Masz uczulenie na orzechy? Zrób z truskawkami! Nie lubisz truskawek? Zrób z winogronami! I tak dalej... Pysznie! 

Film tygodnia

A filmem tygodnia będą... Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy! I wiem, wiem, największy szał na siódmą część był w grudniu, ale jeszcze wtedy tego bloga nie było. Teraz, jako, że zakupiłam film na DVD mogę wyrazić o nim moją opinię. Gdy byłam w kinie, uważałam film za kolejny cud świata. Tyle emocji, tyle sentymentu, tyle nadziei. Aktualnie, niestety, zauważam jedną wadę. Powtarzalność (Star Killer kolejną Gwiazdą Śmierci? Jakku niczym Tatooine? Najwyższy Porządek następnym Imperium? Może tak miało być...). Na szczęście film ma znacznie więcej zalet niż wad. Jestem zachwycona postaciami, np. Rey jako pierwszą naprawdę znaczącą postacią płci pięknej w serii. Nie jest księżniczką, tylko zwykłą dziewczyną z pustynnej planety, co też jest dobre. Ogólnie powrót do odległej galaktyki po dziesięciu latach był dla wszystkich fanów wielkim wydarzeniem i mimo, że nie byłam w dniu premiery psychofanką Gwiezdnych Wojen, byłam pod wielkim wrażeniem filmu. A teraz? A teraz każę wszystkim się uciszyć, by usłyszeć epicką melodię rozpoczynającą seans. CO poradzić? Taki ze mnie psychofan!

No i to było na tyle. Jutro oficjalnie rozpocznie się majówka. A ja podczas tych trzech dni nie będę uczestniczyć w żadnym grillu. Depresja. A wy? Jakie są Wasze plany na majówkę? A tak poza tym, założyłam fanpage! Nie wygląda może jeszcze nadzwyczajnie, ale to się zmieni. Jeśli więc chcecie być ze mną w kontakcie, zapraszam do lajkowania. To wszystko z mojej strony. Narka!
Megan Green

niedziela, 17 kwietnia 2016

Selfie bez selfie TAG

Witam!

  Ech, to błogie lenistwo... Siedzisz sobie popijając herbatę, słuchasz pierwszej płyty Kasabianów, rozmyślasz nad perspektywą wyniesienia śmieci oraz zastanawiasz się nad dwudniowym miauczeniem podwórkowego kota. Fascynujące. Nagle przypominasz sobie, że post na blogu jeszcze nienapisany, a za dwie godziny ma przyjść mała część rodziny. Ups. Cóż tak właśnie wyglądał początek mojej niedzieli (gdy zaczynałam pisać była dwunasta, teraz jest dwudziesta...)
  Stwierdziłam, że dawno nie było jakiegoś TAG'u. A jako, że ostatnimi czasy jest dość popularny Selfie TAG postanowiłam wstawić go na bloga. I przyznaję się, na początku myślałam, iż chodzi w nim o robienie sobie zdjęć... Brawo, Megan. Tak czy siak, pytania bardzo mi się spodobały, gdyż są nietypowe, a takie właśnie lubię. A więc, nie pozostało mi nic innego, jak tylko zaprosić do czytania. Enjoy.

1. Jaka jest twoja najlepsza cecha fizyczna?
Jestem przecież perfekcyjna! Tak na serio, bardzo lubię swoje oczy i usta. Oczy za ich kolor i radość w spojrzeniu. Kiedyś moja była już wychowawczyni życzyła mi, abym tą wesołość miała cały czas. Tak więc staram się robić. A usta? Za to, że nie ma w nich botoksu (ale mi się dzisiaj humor zaostrzył...) i ponieważ moja mama mówi, iż jest to jedyny element, który odziedziczyłam po niej. Może i jedyny, ale bardzo mi się podoba :)
2. Gdybyś mógł odwiedzić jakiekolwiek miejsce na ziemi to gdzie byś pojechał i dlaczego tam?
Prosta sprawa. Wielka Brytania, Japonia, Stany Zjednoczone, Korea Południowa... A konkretnie? A konkretnie, to mam zamiar umieścić na liście miasta, które chcę zwiedzić. Dobrze mieć porządny plan na podróże, gdyż rzucanie nazwami państw mi nie wystarcza. Ale wracam do tematu. Dlaczego? Bo Wielką Brytanię uważam za swoje miejsce na Ziemi. Bo kocham dziwactwa Japończyków. Bo chcę przejechać przez sześć stref czasowych w jednym państwie. Bo you got no jams i oryginalność. Tyle w tym temacie.
3. Co potrzebujesz żeby poczuć się lepiej gdy jesteś chory?
Jeśli o to chodzi, nie jestem zbyt wybredna. Może dlatego, że rzadko choruję? Podczas choroby najczęściej potrzebuję kanapy, herbaty, telewizji lub książki. No i jeszcze coś do jedzenia. Tylko podczas naprawdę ciężkiej choroby tracę apetyt.  
4. Jaką jedną poradę dałbyś młodzieży i dlaczego?
Głupio mi się na ten temat wypowiadać, gdyż sama należę do grupy młodzieży... Hmm...
5. Jak myślisz jakim zwierzęciem byłeś/mógłbyś być w swoim poprzednim wcieleniu?
Ooo, ciekawe pytanie... Myślę, że sową, ponieważ kocham ptaki oraz mam naturalną potrzebę latania. Poza tym to symbol mądrości, co nie? Oprócz tego mam wiele cech podobnych do mopsa... Ciekawe...
6. Gdybyś mógł cofnąć się w czasie co byś zmienił?
Nie chcę się zbytnio wyżalać, więc powiem tylko tyle, że doceniłabym towarzystwo osób, których już nie ma na świecie. Ale tak poza tym to chyba nic bym nie zmieniała. Zawsze mówię, że życie jest jak książka: są lepsze i gorsze rozdziały, ale żadnych nie można pominąć. Czy jakoś tak. Ale wiecie o co mi chodzi. Wierzę w przeznaczenie, czuję, że nic się nie dzieje bez przyczyny. Jeju, ale się poważnie zrobiło...
7. Co robisz dla rozrywki w weekendy?
Wychodzę na dzikie imprezy i wracam do domu w poniedziałki rano by zdążyć do szkoły.
Tiaa, jasne. Wolne żarty! W soboty najczęściej mam totalnie leniwe dni, w które zapominam, że życie istnieje poza kanapą. Niedziela za to jest dniem mobilizacji, szybkiego odrabiania lekcji oraz uczenia się. Co poradzić, tak już mam.
8. Co denerwuje Cię w miejscu gdzie pracujesz?
Tylko, że ja nie pracuję. Jeszcze.
9. Nie mogę żyć bez _________.
Muszę przyznać, że myślałam nad tym pytaniem cały dzień. Bez książek? Bez optymizmu? Bez jedzenia (to chyba logiczne, człowiek długo nie pożyje bez jedzenia)? Na koniec stwierdziłam, że nie mogę żyć bez... Muzyki! Towarzyszy mi przy radosnych, smutnych, nudnych, pracowitych i wielu innych chwilach. Nawet teraz słucham muzyki! Myślę, że jest to rzecz bez której nie mogę żyć, (przerwa na spojrzenie przez okno i zlokalizowanie miauczącego kota) gdyż wprawia mnie w dobry nastrój i pozwala odejść od rzeczywistości. 
10. Jakbyś mógł mieć jedną super moc w swoim życiu to jaka by to była super moc?
O! Najlepsze na koniec! Dla mnie najciekawszą super mocą byłaby kontrola nad czasem w stylu przewijania i zatrzymywania go. Co prawda nie chciałabym skończyć jak Max z  Life i strange, ale nic nie poradzę na to, że to ciekawy talent. Teoretycznie podoba mi się też moc kontroli nad żywiołami, chyba nawet bardziej niż sterowanie czasem. Przyniosłoby to mniej konsekwencji niż tworzenie paradoksów itp. Poza tym, kto nie chciałby się poczuć jak syrenka z H2O: Wystarczy kropla? Kto?

  I jak się czujecie? Poprawiłam Wam humor? Pogorszyłam? Cóż, osobiście mam potrzebę napicia się herbaty. Chyba się od niej uzależniłam. W takim razie idę zrobić sobie herbatę i udzielać się oglądając Masterchef'a Juniora. Podsumowując, zapraszam do komentowania i wyrażania swoich opinii na temat... Życia? Do zobaczenia kiedy indziej.

Megan Green

Ps. Rozmyślam nad założeniem fanpage'a!

niedziela, 10 kwietnia 2016

Urodziny na bogato

Witam.

  Działo się sporo.

  Wczoraj skończyłam oficjalnie x lat. Wybrałam się na Pyrkon. Dużo się śmiałam. Zdobyłam Pocky (tak bardzo fascynacja Japonią). Wyszłam z domu. Ogólnie mam z czego się cieszyć.

  Ale zacznijmy od początku. Nigdy nie pisałam postów w stylu: byłam tu, zjadłam to, zrobiłam sobie selfie z tym, ale spróbuję. Wczoraj wstałam o szóstej rano, by o około jedenastej stać w kolejce do pyrkasy (przepraszam za to słowotwórstwo, ale nie mogę się powstrzymać od dodawania wszędzie sylaby pyr- :D). Postałam, pograłam w Czółko oraz Myślę o pewnej liczbie, a po godzince weszłam do budynku głównego. Potem tylko kupno biletów, napisanie nazwy uczestnika (oczywiście myślałam, że należy wpisać prawdziwe imię, a chodziło o ciekawą ksywkę. Brawo, Megan...) i znalezienie miejsca, w którym odbywać ma się pierwsza prelekcja. Co do ostatniego, niestety, była to mała porażka z mojej strony, gdyż najpewniej skończyło się miejsce na sali i musiałam zrezygnować. No cóż, mówi się trudno.

  Zamiast tego ruszyłam w stronę Krainy Wystawców, gdzie, muszę przyznać, można było się nieźle obłowić. Każdy sklep, to nowa okazja do zakupu. Koszulki, używane mangi, koszulki, książki, gadżety tematyczne, koszulki... Dużo do wyboru. Osobiście zdecydowałam się na kupno pierwszej części całkiem dobrej mangi pt. Servamp, lutowy magazyn Otaku, paczkę czekoladowych Pocky'ów oraz los na loterii, gdzie wygrałam przypinkę z Pory na Przygodę. Zadowolona  z zakupów, zaczęłam się zastanawiać, dokąd mam teraz pójść. Zależało mi na spotkaniu dotyczącym DeviantArta, jednak ostatecznie wybrałam się do Hali BGE związanej z grami.

  Po spędzeniu tam godziny nastała pora na pójście na prelekcję pt. Kim stały się dla nas wampiry?. Byłam bardzo ciekawa zdania innych na temat wizerunku wampira jako Dracula czy też Nosferatu, który później przeobraził się Edwarda Cullena.Ustawiłam się dwadzieścia minut wcześniej w kolejce, (to była dobra decyzja, gdyż pięć minut przed rozpoczęciem prelekcji za mną stało już sporo osób. Wygrałam życie.) a następnie po dość krótkim czekaniu zasiadłam na wygodnym fotelu (teoretycznie, po czterogodzinnym marszu przez cały teren Pyrkonu nawet kawałek deski byłby dla mnie komfortowy...). Sam wykład mnie nie zachwycił, spodziewałam lepszego podejścia do sprawy. Chociaż nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dowiedziałam się, że w Rumunii wygrzebano z grobów bardzo stare zwłoki i nie było na nich widać śladów gnicia. Wyglądały tak samo, jak sprzed paruset lat, jak dobrze zrozumiałam. Cóż, bardzo ciekawe...

   Dalej powłóczyłam się do miejsc, w których mnie jeszcze nie było. Gdy już wszystko zostało zwiedzone, często nawet dwa razy, nadszedł ten smutny czas pożegnania i odejścia. Wychodząc, ostatni raz spojrzałam na jakże wysoki budynek wiedząc, że jeszcze kiedyś tu wrócę. I wyszłam zabierając ze sobą dobre wspomnienia i pamiątki, oczywiście.

  Tak spędziłam swoje x urodziny. Zadowolona oraz przepełniona energią mogę się zmierzyć z rzeczywistością. I pracą klasową z matmy. I dyktandem. I poniedziałkiem. Będzie dobrze.

Megan Green

niedziela, 3 kwietnia 2016

A wilkołaki lajkują...- Ulubieńcy marca





Witam!

  Marzec... Miesiąc początków i końców. Czas wyczekiwania i nadziei. No cóż, przynajmniej w moim przypadku. Powróciłam z małej wyprawy do Gdańska przepełniona motywacją oraz pozytywnym nastawieniem, więc należy to wykorzystać pisząc posta. Poza tym, jutro podobno ma być dziewiętnaście stopni Celsiusza! Idealnie! Nie za ciepło, nie za zimno. Ale dobra, wracam do tematu. Jak zwykle serdecznie zapraszam do czytania. Enjoy!

Wydarzenie miesiąca

  O tak. Czekałam na powód do napisania o tym od miesiąca. Otóż, mogę się pochwalić, iż zapisałam się na zajęcia wokalne i jestem z tego niesamowicie zadowolona. Bardzo lubię śpiewać. Jedynym problemem, jest to, że mój głos nie jest jeszcze wystarczająco dobry. Ale to nie powód do rezygnacji! Stwierdziłam, że chcę się się uczyć w tym kierunku. Jak tam moje ogólne wrażenia? Cóż, minął miesiąc i może nie śpiewam perfekcyjnie, ale czuję, że się poprawiłam. Staram się: nie wykonywać utworów bez wcześniejszej rozgrzewki, dawać mojemu głosowi dojść do głosu (ha, ha, takie śmieszne, że aż nikt się nie śmieje), używać nowej umiejętności, jaką jest tworzenie vibrato, czyli delikatnego drżenia w brzmieniu. Czyli podsumowując: oby tak dalej!

 Przedmiot miesiąca


 Jestem znana z wielkiego zamiłowania do planszówek i karcianek, to fakt. Z tego oto powodu jako prezent na Wielkanoc otrzymałam w prezencie grę karcianą Ego. Krótki opis? Ogólnie w grze chodzi o sprawdzenie swojej wiedzy na temat innych graczy. Mamy karty z interesującymi pytaniami, jedna osoba losuje je, wybiera odpowiedź odpowiednią dla siebie, a reszta ma za zadanie odgadnąć jej wybór. Powiem prosto z mostu: cała rodzina się w niej zakochała. Gra była hitem Wielkanocy, dała dużo śmiechu, prawdy, przekąsek i ogólnie świetnej zabawy. Czuję, że będzie główną bohaterką kolejnych spotkań.

Jedzenie/Napój miesiąca

  A jak już jestem w temacie okołowielkanocnym, tym jakże szlachetnym tytułem mianuję tartę cytrynową made by mummy (naprawdę, Megan, teraz ci się wzięło na angielski?). Czy deser zrobiony z kwaśnych owoców może być smaczny? Oczywiście! Cóż, w Wielkanoc parę kawałków zjadłam i mogę się na ten temat spokojnie wypowiedzieć. Górną warstwą była cytrynowa pianka, natomiast dolną kruchy spód. Całość łączyła lekkość, delikatność, a przy tym konkret. Świetny odmiana dla ciężkich tortów. Mamo, jeśli to czytasz, to wiedz, że tarta była niesamowita! 

 Muzyka miesiąca



  Okej, to chyba tyle. Niestety, filmu na ten miesiąc nie mam. Tak po prostu się złożyło. Nie rozwijam się dalej, gdyż u mnie zaraz będzie dopiero dwudziesta pierwsza, a ja już jestem wykończona. Pora odpocząć, by jutro pójść do szkoły. No tak, jutro poniedziałek... Chyba muszę się ogarnąć. Tak czy siak, żegnam Was na ten moment. Życzę miłego dnia!

Megan Green

poniedziałek, 28 marca 2016

Wiosna- prosty sposób na motywację



Hello!
 Co tamu Was? Jak tam minęła Wielkanoc? Czy też siedzicie i zastanawiacie się nad ilością zjedzonego pokarmu? Ja, pełna radości z dzisiejszego dnia, korzystam z końcówki przedostatniego dnia ferii wiosennych. Czyli w skrócie: jest dobrze. Dodać jeszcze do tego jeden cudowny fakt, mianowicie w tym tygodniu rozpoczęła się moja ulubiona pora roku- wiosna (Megan, powtarzasz się...).

  Wiosna jest naprawdę przepiękną porą roku. No, może nie dla alergików. Tak, czy siak, kocham w niej fakt, że przyroda zaczyna się budzić do życia. Ptaki poruszają się z gracją w powietrzu. Na dworze jest cieplej, choć nie upalnie. Mam okazje do wyjścia i nauczenia się jazdy na rolkach. Oprócz tego w kwietniu są moje urodziny. Żyć, nie umierać.

  Wczoraj mój plan na wyjście na rolki ziścił się i mimo wielkich oporów, przypomniałam sobie jak w miarę płynnie się na nich poruszać. Jestem z siebie naprawdę zadowolona. Rolki wydawały mi się równie wielką zabawą, co obawą. Miałam wiele prób jeżdżenia na nich. Niestety, przez to, że raz na pół roku decydowałam się na przejażdżkę, szybko zapominałam, jak się na nich jeździ. Na ten rok chcę regularnie, przynajmniej raz na miesiąc to ćwiczyć. Pogoda mi sprzyja, więc chcę to wykorzystać. A nawet gdyby mi nie służyła, zawsze mogę sobie urządzić na pocieszenie maraton Wodogrzmotów Małych (moje nowe uzależnienie jeśli chodzi o seriale animowane) i pograć chwilę lub dwie w Simsy. Ale wracając do tematu. Wydaje mi się, że warto jeździć na rolkach. Za to jeszcze bardziej lubię (a przynajmniej mam nadzieję, że polubię) przejażdżki tzw. fishboardem. Cóż to jest? To takie znacznie mniejsze rodzeństwo deskorolki, która nazwę zawdzięcza posiadaniu kształtu podobnego do ryby. Skubany jest bardzo szybki, (mimo że na takiego nie wygląda) poza tym ma świetną zwrotność. Co prawda moja rodzina mówi, że longboard (dłuższy i cięższy brat deskorolki o nieco innym kształcie) jest znacznie lepszy, jednak nie zgadzam się z nimi. Ich propozycja w miarę mi się podoba, ale jej przeznaczeniem jest szybka, czasem wręcz niebezpieczna jazda. Fiszka natomiast sprawuję się idealnie, gdy nadchodzi czas na luźną przejażdżkę po okolicy. Nie jestem przekonana do longboarda, najpewniej przez to, że nie polubiłam się z deskorolką i wątpię, iż z nim będzie inaczej. Czy to przez tą długość? A może ciężar? Być może.

  A tak z innej beczki, dalej nie wiem jaki typ zdjęcia będzie lepszy. Ponawiam pytanie: wolicie zdjęcia niczym z polaroida, czy może zwykłe? Ja co prawda chyba mam swojego ulubieńca, jednak chciałabym poznać też Wasze zdanie. Poza tym, mam wielkie plany na przyszłość Bajdulek Kujonki, a  konkretnie założenie strony na Facebooku, tzw. fanpage. Co Wy na to? Jesteście za? Myślę, że to jest dobry pomysł na szybki kontakt z Wami, chociaż nie jestem pewna czy to dobry czas na to. Chciałabym poznać Waszą opinię na te tematy. Okej, pogadałam chwilę, to teraz się żegnam. Życzę miłej Wielkanocy, (a to nie za późno na życzenia?!) pomyślnego wtorku i ogólnie radosnego życia, Ludziska!

Megan Green

środa, 16 marca 2016

Paplanie o introwersji i wiośnie



Witam!

  Jestem w takim wieku, gdy moich rówieśników w większości interesują nowe bronie w tzw. Ce Esie, a ostatnią książką przez nich przeczytaną były Dzieci z Bullerbyn. Ogranicza to moje kontakty i sprawia, że w myślach uderzam się głośno w czoło. No i jak tu w takim towarzystwie otworzyć się oraz przestać być typowym samotnikiem skoro wiadomo, że nasze pasje nie mają nic wspólnego. Gdy tylko powiem coś mądrzejszego, inni patrzą się na mnie z zażenowaniem. Jednak to mnie nie smuci. Bardziej zniechęca mnie poziom naszych dialogów, gdzie rozmówca próbuje ubarwiać swoje słowa coraz to donośniejszym i bardziej krzykliwym głosem. Ale chwila, chwila. To jest temat na kiedy indziej.

  Jestem introwertykiem. Książki i obserwowanie latających mew cenię sobie bardziej niż towarzystwo homo sapiens. Ale czy to źle? Czy to się leczy? Czy teraz jestem Niezgodna? Nie, nie i nie! Szczerze uwielbiam swój dystans do świata i ludzi, poczucie samodzielności i niechęć do spędzania czasu w grupie. Prowadzi to często do dość interesujących sytuacji, gdyż jak już raz na jakiś czas wyjdę z domu, muszę na nowo ogarnąć bliskie mi otoczenie. W jakim sensie? Na przykład: aby skrócić czas czekania na światłach należy nacisnąć służący do tego przycisk. Aby nie zostać przejechanym przez tramwaj trzeba odsunąć się nieco bardziej od ulicy. Aby kupić coś w sklepie nie musisz przechodzić załamania nerwowego.

  I tak, wiem. Teraz myślicie, że jestem niestabilna psychicznie i stwarzam niebezpieczeństwo dla otoczenia. Ale spokojnie, wszystko jest ze mną dobrze. Może powinnam się bardziej udzielać? Wiosna, moja ulubiona pora roku, się zbliża. To idealny czas na wyjście na spacer lub poćwiczenie umiejętności jazdy na rolkach, tudzież deskorolce. Chyba, że powolna zmiana klimatu sprawi, iż dwudziestego marca spadnie śnieg. Hmmm... Najpewniej muszę szybko korzystać z aktualnej, całkiem ładnej pogody.

  Podsumowując, ten post nie zmieni najpewniej Waszego życia. Albo i zmieni. Nie wiem. Zawarłam w nim małą cząstkę mojego życia i osobowości, co najpewniej wywoła u Was uśmiech lub też zażenowanie. Ale spokojnie, w przyszłym tygodniu post będzie mniej filozoficzny, a bardziej wiosenny, radosny. Marcowe powietrze naprawdę świetnie inspiruje. Dodać jeszcze do tego album Mariny and the Diamonds pt. Froot i mam miłą, motywującą atmosferę. Tak więc kończę ten jakże nudny i mało ciekawy post zapraszając Was do korzystania z życia. I uważania na siebie wychodząc z domu. I czytania. No i może jeszcze do cieszenia się z ładnej pogody, jeśli taka u Was panuje.
Do zobaczenia 
Megan Green
  

sobota, 5 marca 2016

A wilkołaki lajkują...- Ulubieńcy lutego

Witam.

  Skończył się luty, a przy okazji, minął już drugi miesiąc istnienia tego bloga. Kurcze... Jestem pod wrażeniem mojej systematyczności. Bo w końcu dwa miesiące pisania o moich przemyśleniach, mimo że mała cząstka ludności to czyta, to jakiś wynik, co nie? Dobra, wróćmy do tematu. Przyszedł czas na podsumowanie lutego. Nie był to może i intensywny miesiąc, ale wycisnęłam z niego co się dało i napisałam A wilkołaki lajkują... Fajnie? Fajnie!

Wydarzenie miesiąca

  Luty był nudny. Dwadzieścia dziewięć dni przepełniały kartkówki, prace klasowe i ich przekładanie. Brzmi to może jak wymądrzanie się małolaty, ale tak naprawdę było. Jednak dostrzegłam w tym miesiącu coś wyjątkowego, a mianowicie walentynkowy wyjazd do Bydgoszczy. Wiem, wiem, w poście walentynkowym sama radziłam Wam, aby nie wychodzić z domu. Ale to był wyjątek! Muszę przyznać, że dobrze spędziłam tegoroczne Walentynki; zjadłam skandynawski obiadek Wiadomo (Albo I Nie) Gdzie, pochodziłam po sklepie meblowym szukając inspiracji i zagrałam w parę gier samochodowych ożywiających atmosferę. Ogólnie: super. Poza tym, ciekawym wydarzeniem w lutym jest dodatkowy dzień tworzący miesiąc przestępny. Czy to wpłynęło jakoś na moje życie? Cóż, miałam dodatkowe dwadzieścia cztery godziny na uczenie się do pracy klasowej z matematyki... Radość rośnie wokół nas!

Przedmiot miesiąca


 Tak, Przedmiotem Miesiąca jest kubek. Ale nie zwykły! Jest to mój ulubiony kubek, który dostałam od Pani Lis (jeśli to czytasz, wiedz że musiałam Ci nadać na tym blogu nowe imię. Podoba się? :) ) na urodziny. Co mogę powiedzieć, miło piję mi się z niego tęczową herbatkę. Tudzież kakao. Za to gorzej się robi mu zdjęcia. Masakra. Słońce się w nim odbija i zanim wymyśliłam jak to skorygować, minęło sporo czasu (czytaj: góra pięć minut. Ach ten niepotrzebny dramatyzm!). Ale tak, wyróżniam w lutym kubek z Nyan Cat. Boom!

Jedzenie/Napój miesiąca

 W tym miesiącu nie mogłam się oprzeć, jak to ja nazywam, pasztecikom. Chociaż, chwila. Nawet nie wiem czy to właściwie ma taką nazwę... (Szybkie sprawdzenie zasobów Internetu) O! Uwaga! Znalazłam prawidłową nazwę: Ciastko półfrancuskie z pieczarkami i kapustą. Zwał, jak zwał. Tak czy siak, cały miesiąc raczyłam się nim po powrocie ze szkoły. Do tego herbatka, jogurcik naturalny i mamy późne drugie śniadanie! Nie chciałabym teraz reklamować konkretnego sklepu, więc nie podam skąd ten pasztecik (tak, wiem że to nie jest pasztecik!) mam. Może poszukajcie w piekarniach lub sieciach supermarketów ze stoiskiem z pieczywem. Podsumowując: polecam.

 Muzyka miesiąca

  Jak co miesiąc staję się Waszym DJ'em i proponuję Wam utwory, których słucham non stop. 

Film miesiąca

A tym razem będzie to produkcja z YouTube! Zaskoczeni? Nie? Okej... Tak czy siak, polecam Wam krótki filmik Krzysztofa Gonciarza pt. Gdybyś był JAPOŃCZYKIEM. Opowiada on o życiu w Japonii i o tym, że teoretycznie nie różnimy się tak bardzo od ich mieszkańców. Bardzo ciekawe, idealne dla mnie, osoby pragnącej odwiedzić Kraj Kwitnącej Wiśni. 



I cóż, to było na tyle. Jeszcze na koniec chciałabym się spytać, czy wolicie zwykłe zdjęcia (jak ta fotografia kubka), czy wyglądające na zrobione polaroidem (zdjęcie roboto-zegara)? Nie potrafię się zdecydować, więc proszę Was o radę. Dobra, a więc kończę ten post. Na razie!
Megan Green

środa, 24 lutego 2016

Around the world

Witam.

  Tak, żyję i miewam się dobrze. Tak, przyznaję się, jestem leniwa. I tak, zanim napisałam ten post spędziłam pół godziny na przeglądaniu zasobów Internetu zamiast pisać ten post. Ale jestem tylko człowiekiem, co nie? :)

  Tak czy siak, po długich rozmyślaniach  stwierdziłam, że dzisiaj zaproponuję Wam coś z kategorii listy wszystkiego-co-się-da-napisać-w-formie-listy, mianowicie spis miejsc, które chciałabym odwiedzić/które uważam za swoje miejsce na Ziemi. Jak może wiecie (albo i nie), jestem wielką fanką podróży. Może i nie żyję na tym świecie długo oraz zwiedziłam malutką część świata, ale wiem, że w przyszłości odwiedzę wszystkie miejsca z tej listy ( a może nawet i więcej!). Może i brzmi to jak infantylne marzenia pięciolatka, jednak mi to nie przeszkadza. Tak więc zapraszam do głównej części postu!

1. Wielka Brytania (w szczególności Londyn)

 

2. Tokio, Japonia


3. Korea Południowa


4.Stany Zjednoczone

5. Rosja


Wiem, wiem, przepraszam za to, że post jest wybitnie krótki, ale mam dużo rzeczy do zrobienia. Nie będę przedłużać, to tyle na dziś. A jakie są Wasze miejsca na Ziemi? Zapraszam do komentowania, a ja zajmuję się tajnikami biologii.
Macha dłonią na pożegnanie:
Megan Green

sobota, 13 lutego 2016

Jak przeżyć Walentynki będąc singlem?

Witam!

  Jak pewnie większość zauważyła, wielkimi krokami zbliża się czternastego lutego, znana wszystkim data jako Walentynki. Jedni czczą to święto bardziej niż własne urodziny, inni nienawidzą. A do której grupy należę ja? Do pośredniej. Toleruję to święto, ale gdy widzę radosne pary patrzące na siebie z miłością w oczach, mam ochotę kopnąć coś (lub kogoś) i wykrzyczeć Nein, nein, nein! Bo, jak pewnie już wywnioskowaliście, zazwyczaj spędzam Walentynki samotnie. A najgorszy jest w tym fakt, iż Wasza Megan uwielbia czytać młodzieżowe romanse wyobrażając sobie siebie w roli głównej bohaterki. I potem oczywiście cierpi zawiedziona, że takie romantyczne sytuacje oraz niesamowici chłopcy nie istnieją. A przynajmniej tak każe mi myśleć rzeczywistość. Ale tego roku stwierdziłam, że póki nie mam partnera będę starała się być pewną siebie i oryginalną osobą. Wam również radzę tak postępować. Niech Wasz potencjalny obiekt westchnień zobaczy, jaką intrygująca osoba przechodzi obok niego (lub też niej). No dobra, to była moja rada na przeżycie Walentynek samotnie. Dziękuję za uwagę!


  Żart. Ha. Ha.
 

  Ale wracając do tematu, przedstawię Wam dzisiaj sześć rad na przeżycie czternastego lutego bez drugiej połówki nie popadając przy tym w rozpacz. Enjoy!

1. Nie. Wychodź. Z. Domu.

Jest to pierwsza i najważniejsza porada. Pewnie od razu się ktoś spyta: Ale czy to właśnie siedzenie w domu nie wzmaga gorycz samotności? Być może tak. Ale uwierzcie mi lub nie, ale pewnego roku spróbowałam opuścić moje cztery ściany i wyjść gdzieś z przyjaciółką. Wybrałyśmy się do galerii handlowej, zjadłyśmy coś smacznego i wszystko byłoby całkiem dobre, gdyby nie fakt, że dookoła mnie były same pary. Wszędzie. Po prostu wszędzie. Więc mój błąd może być przestrogą dla Was, aby nie wychodzić z domu, a zwłaszcza do galerii handlowych. A jeśli już musicie gdzieś wyjść, wybierzcie miejsce, które Was relaksuje. Może być nawet i McDonald. Korzystajcie z tego, że Święto Zakochanych wypada w niedzielę i nie będziecie musieli iść do szkoły lub pracy. Chociaż z tym drugim to nigdy nie wiadomo, może i nie będzie to dzień wolny.

2. Zrób sobie coś wybornego do jedzenia

I dobrze by było, gdyby to była potrawa, której nie gotujecie codziennie. Polecam Wam otworzyć książkę kucharską, której prawie nigdy nie używaliście i wybrać pierwsze danie wyglądające dla Was interesująco. Przepis nie musi być trudny, chociaż dla osób lubiących wyzwania polecam coś bardziej wymagającego. Nie martwcie się, Wasze dzieło nie musi wyglądać jak twórczość Buddy'ego Valastro, grunt w tym, że będziecie mieli dobrą zabawę. A poza tym, nie ocenia się książki po okładce, a jedzenia po wyglądzie, co nie?

3. Puść głośno muzykę i tańcz

Po prostu. Nie zwracaj uwagi na to, że ktoś patrzy. Puść piosenki, które nie opowiadają o pięknej miłości, te o pozytywnych aspektach bycia singlem, albo te mówiące o sile kobiet jak Single Ladies (Put a Ring on It) Beyoncé lub Run the World (Girls) tej samej autorki. Osobiście, czternastego lutego, chętnie posłucham Die Antwoord oraz nacieszę się ich jakże filozoficzną i głęboką muzyką. Z całego serduszka polecam.

4. Zrób dla siebie lub społeczeństwa coś miłego

A co? A na przykład wyjedźcie na spontaniczną wycieczkę. Albo wybierzcie się na zakupy, do kosmetyczki itp. Lub znajdźcie nowe hobby i oddajcie się mu bez reszty. Jeśli to Wam poprawi humor, zaproście przyjaciół. Możliwości jest naprawdę sporo. Każdy człowiek jest inny, więc nie podam uniwersalnego pomysłu dla wszystkich. Chociaż nie, chyba znalazłam taką sugestię. Jest nią pomoc. Podobno dobrodziejstwo dostarcza nam dość sporo endorfin, toteż może wykorzystajcie to i czternastego lutego pomóżcie tym, którym wsparcie jest potrzebne. Nie mówię, że musicie od razu wpłacać miliony na akcje charytatywne. Chodzi mi o oddanie chociaż złotówki na potrzebujących, wyręczenie starszej sąsiadki w noszeniu zakupów, lub posprzątanie domu za rodziców. A będziecie mieli z tego same korzyści: Wy, przepełnieni radością ze zrobienia czegoś pożytecznego, zapomnicie o byciu singlem w Walentynki, a druga osoba nareszcie się uśmiechnie. Same zalety!

5.  Czternastego lutego to nie tylko Walentynki...

...ale i Dzień Chorych na Padaczkę. Zdziwiliście się, czyż nie? Więc moja rada w tym podpunkcie jest taka: gdy ktoś Was zapyta, z kim spędzacie tegoroczne Święto Zakochanych, wy,  z lekką ironią w głosie, możecie powiedzieć, że obchodzicie Dzień Chorych na Padaczkę. Bo przecież jest to ważniejsze święto, niż jakiś dzień serduszek, latającego dziecka z łukiem i bukietów kwiatów. To uroczystość poświęcona osobom walczącym z groźną chorobą.

6. Zawsze jest Dzień Singla!

Na koniec dodam jeszcze, że po nieudanych (lub może udanych z tymi radami) Walentynkach, piętnastego lutego możecie nareszcie z dumą wyjść na ulicę i urządzić sobie Dzień Singla. A jak? Może róbcie to, co robią zakochane pary poprzedniego dnia? To znaczy, nie mówię o całowaniu samego siebie ;) Chodzi mi o wybranie się na kolację sam ze sobą, wyjście do kina, lub sprawienie sobie prezentu. Albo możecie w ten dzień wykorzystać punkt czwarty i zrobić coś dla siebie miłego. Plusem tego święta jest to, że papużki nierozłączki muszą czekać na swoje święto trzysta sześćdziesiąt pięć dni, a Wy korzystacie ze swojego dnia ciesząc się z bycia singlem! O tak!

  I jak, czujecie się już lepiej? Jesteście dumni z bycia jutro bez pary? Dajcie znać w komentarzach oraz tych małych okienkach z przymiotnikami pod postem. Jak one się nazywają? Wiem, reakcje! Tak więc ja się z Wami żegnam i życzę Wam wesołych Walentynek, tudzież Dnia Singla!
Megan Green

sobota, 6 lutego 2016

A wilkołaki lajkują...- Ulubieńcy stycznia



Zdrastwujcje!



  Oto nadszedł ten epicki moment, gdzie Megan wstawia Ulubieńców Stycznia! Tak! I muszę Wam się do czegoś przyznać: niesamowicie mi się nie chciało. Gdy jeszcze do tego dochodziły obowiązki szkolne, które sprawiły, że nie miałam zbyt dużo wolnego czasu, publikacja postu przesunęła się ze środy na... Dzisiaj. Jednak stwierdzam, że wysiłek, jaki włożyłam w pisanie go opłaci się. Wystarczy tylko spojrzeć na sam początek postu i już widać nowość, a mianowicie zdjęcie. Tak, nadszedł chyba ten czas na urozmaicenie moich wypocin. Ale tak na serio, podoba Wam się? No dobra, nie przedłużam i zapraszam do czytania!

 Wydarzenie miesiąca

  Chyba ten tytuł mogą otrzymać warsztaty teatralne, w których, jak już wiecie, uczestniczyłam. Wspominam te chwile bardzo dobrze. Nauczyłam się, że nie należy zabierać prywatność na scenę oraz, że nawet, jeśli grając pomylisz się, nigdy nie możesz przedwcześnie wyjść z roli. Poza tym poznałam wiele niesamowitych ludzi z artystycznymi osobowościami i wielkim poczuciem humoru. Smuci mnie tylko fakt, że z niektórych z nich już nigdy nie zobaczę. Jednak jestem z natury optymistką i żywię nadzieję, że za rok wszyscy się znowu spotkamy.

Przedmiot miesiąca

  Miałam problem z wybraniem czegokolwiek w tej kategorii. Po długich godzinach (żartuję, po paru minutach!) wytypowałam płytę Kasabianów, którą dostałam na Święta. Mówię tutaj o West Ryder Pauper Lunatic Asylum


  Nie wiem, czy to się też nie zalicza do kategorii Muzyka miesiąca, ale nie przejmuję się tym. Wracając do płyty, uważam, że jest to ich najlepsze dzieło. Nie mówię, że inne albumy były gorsze, jednak... Powiedzmy, że ten ma niesamowity klimat. Mam wrażenie, że każda piosenka opowiada inną historię. Co mogę jeszcze napisać, rozpływam się gdy słyszę Kasabianów!

Jedzenie/Napój miesiąca

  W styczniu nie jadłam niczego ekskluzywnego, jeśli tak to mogę określić. Jednak jako, że był Sylwester, a Sylwester równa się u mnie z niezdrowym jedzeniem, Jedzeniem miesiąca jest... Nachos z salsą! Pewnie o mnie tego nie wiecie, ale przepadam za ostrymi daniami i bardzo cenię sobie kuchnię meksykańską. W takim przypadku na moim Sylwestrowym stole nie mogło się bez tej przekąski obyć. Nie była może domowego wyrobu, ale mogę zagwarantować, że była pyszna!

Muzyka miesiąca

  W tej kategorii będę dodawała linki z YouTube z muzyką, która mnie zachwyciła. Po prostu.

 Film miesiąca  

  Po pierwsze, niestety nie mogę dodać plakatu filmu, gdyż nie chciał ze mną współpracować.
  Po drugie, filmem miesiąca jest seria Gwiezdnych Wojen, a w szczególności Imperium Kontratakuje i Zemsta Sithów. Stwierdzam, że właśnie w styczniu stałam się maniaczką tej sagi i jestem z tego dumna. Zachwycam się... Wszystkim! Nie wiem, co mam opisywać, każdy zna tę historię. A jeśli ktoś nie zna, to polecam obejrzeć i samemu wyruszyć do odległej galaktyki :)

I to byłoby na tyle. Myślę, że w przyszłości kategorii będzie więcej, ale pięć na sam początek wystarczy. Jestem ciekawa, czy spodoba Wam się moja trzygodzinna praca. Na sam koniec wyjaśnię tytuł serii. wilkołaki w nazwie oznaczają miesiąc, gdyż jak wiadomo, ludzie zarażeni lykantropią zmieniają się w krwiożercze bestie w każdą pełnię, co miesiąc. Natomiast lajkują.... Chyba wiadomo. Tak więc żegnam się z Wami z uśmiechem na twarzy i odchodzę w pokoju.
Megan Green

 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

TAG: Ulubiony...

Witam ponownie!

  Jak skończyłam pierwszy tydzień moich ferii? Jedząc tosty z serem i czekając na Gwiezdne Wojny, pisząc ten post przy muzyce dającej świetny klimat wojen galaktycznych. A co Wasza Megan ma do powiedzenia dzisiaj? Nic ciekawego. Ot kolejny TAG, który raczej nie zachwyci Was niesamowitą treścią i nie sprawi, że świat stanie się lepszy. Chociaż nigdy nie wiadomo. Niektórzy przecież lubią czytać, jak blogerzy odpowiadają na pytania. Na przykład ja. Ale trzymając się tematu w ten szary i nudny poniedziałek mam dla Was TAG, w którym mówię o swoich ulubionych rzeczach. Enjoy...

1. Ulubiony kolor?
 Od dzieciństwa mam jeden i ten sam ulubiony kolor, a mianowicie czerwony. Dodaje mi energii i odwagi. Poza tym chyba całkiem nieźle w nim wyglądam ;)
2. Ulubiony aktor/aktorka?
Chyba nie mam swojego faworyta/faworytkę. W filmach bardziej zwracam uwagę na fabułę, a nie na to kto tam gra. Jednak muszę przyznać, że bardzo cenię sobie Jennifer Lawrence za humor oraz za perfekcyjne odtworzenie książkowej Katniss Everdeen.
3. Ulubiony serial?
Definitywnie Pora na Przygodę. Chociaż jeśli mam być szczera, najnowszy sezon mnie nie zachwycił. Jest taki... Niedorobiony, jakby czegoś w nim brakowało. Jednak to nie osłabia mojej miłości do tej niesamowitej animacji i mogę spokojnie powiedzieć, że jest to mój ulubiony serial.
4. Ulubiony film?
Ale mam wybrać tylko jeden? Hmmm... Może być ciężko. Więcej oglądam filmów animowanych, zwłaszcza produkcje Disney'a, ale zacznijmy od fabularnych, ponieważ ich jest mniej. Na pewno produkcją, którą mogę oglądać zawsze jest Forrest Gump. Jeżeli chodzi o polskie filmy moimi numerami jeden są obie części Listy do M., a w szczególności część druga. Przyznaję się, oglądając sequel popłakałam się, a jest to u mnie rzadkość! To chyba o czymś świadczy, czyż nie? Co do produkcji animowanych wyróżniam cztery bajki, jeśli tak to mogę ująć. Są to: Dzwonnik z Notre Dame, Tarzan, Piękna i Bestia (Disney) oraz Anastazja (nie-Disney). To są właśnie animacje, które są nie tylko dostarczają rozrywki dzieciom, ale i poruszają nawet trudne tematy.
5. Ulubiony kraj na świecie?
Chyba Wielka Brytania. Był to pierwszy (i jak na razie) jedyny kraj jaki odwiedziłam. Jednak gdy po raz pierwszy wysiadłam z samolotu w wieku siedmiu, może ośmiu lat, pokochałam go całym sercem.
6. Ulubiony rodzaj książek?
Młodzieżowe i romanse. Często nawet młodzieżowe romanse...
7. Ulubione miasto?
Raczej Londyn. Jest to cudowne miasto, w którym czuję się najlepiej.
8. Ulubiony portal społecznościowy?
W tej kategorii mam czterech ulubieńców: Facebook, YouTube, We Heart It i Pinterest. Co do pierwszego, używam go tylko by sprawdzać co tam słychać na stronach, które lubię. Nie uzewnętrzniam się na nim. Z YouTube mam podobnie. Po prostu oglądam to co, chcę oglądać. Dwa ostatnie bardziej mogę nazwać ulubionymi, bo inspirują mnie i motywują do pracy.
9. Ulubiona piosenka?
I właśnie w tym momencie mogę zapowiedzieć, iż w tym tygodniu (lub w przyszłym) wstawię pierwszy post z cyklu ulubieńców tygodnia, a tam podam piosenki, które w tym miesiącu słuchałam non-stop. Nad nazwą serii jeszcze myślę, ale ma ktoś może jakieś pomysły?
10. Ulubiony zespół/wykonawca?
Kasabian. Po prostu Kasabian. O tym opowiem kiedy indziej.
11. Ulubiony pisarz?
Chyba nie mam ulubionego pisarza.
12. Ulubiona książka?
Z pojedynczych powieści całym sercem uwielbiam 7 razy dziś Lauren Oliver, którą bardzo Wam polecam. Jeżeli chodzi o serie, na pewno z przyjemnością przeczytałam Igrzyska Śmierci Suzanne Collins, Harry Potter J. K. Rowling oraz Rywalki Kiery Cass. Niesamowite książki, dzięki nim człowiek może odciąć się od rzeczywistości.
13. Ulubiona cyfra?
Preferuję liczby parzyste, a zwłaszcza dwa i dwanaście. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Na takie liczby miałam już zajawkę od przedszkola.
14. Ulubiony typ faceta?
A czy muszę się zwierzać z tego? :)
15. Ulubiony deser?
Jestem wielką fanką deserów, więc teoretycznie zjem wszystko, co osładza życie. A w szczególności jeśli jest to danie, które sprawia, że mózg się wyłącza z rozkoszy. Chyba nie potrafię wybrać tylko jednego...
16. Ulubione słowo?
Chwila, chwila, dajcie mi pomyśleć... Nie używam tego słowa zbyt często, nie wiem nawet czy mogę je nazwać ulubionym, myślę, że raczej najpiękniejszym. Tym słowem jest wolność. Nie wiem, czy nawet muszę wyjaśniać dlaczego akurat je wybrałam.
17. Ulubiony cytat?
Mam trzy ulubione cytaty; dwa z trzeciego epizodu Gwiezdnych Wojen, jeden z Harrego Pottera.
  • So this is how liberty dies. With thunderous applause (Więc tak umiera wolność. Przy burzy oklasków.)- Padme Amidala
  • You were my brother, Anakin. I loved you! (Byłeś dla mnie jak brat, Anakinie. Kochałem cię.)- Obi-Wan Kenobi
  • Happines can be found, even in the darkest of times, if one only remembers to turn on the light. (Uśmiech losu można zobaczyć nawet w najciemniejszych chwilach, jeśli tylko pamięta się, żeby zapalić światło.)- Albus Dumbledore
18. Ulubiony model/modelka?
Raczej brak.
19. Ulubiony perfum?
Również brak.

Uff, dotrwałam do końca pytań. Muszę przyznać, że odpowiadanie na taką ilość pytań zmęczyło mój mózg oraz oczy. Jednak warto było, dzięki temu macie co czytać na wieczór.
Tak więc żegnam.
Megan Green

niedziela, 17 stycznia 2016

Ferie-czas radości i planów

Konnichiwa!

 Dwa tygodnie minęły od kiedy napisałam ostatni post. To chyba długo... Przez ten czas wiele myślałam o Bajdulkach Kujonki i o tym, czy stworzenie ich nie było pochopną decyzją. Rozważałam nawet usunięcie bloga, ale przypomniałam sobie moją obietnicę/noworoczne postanowienie/plan/czy-jeszcze-coś-w-tym-stylu, aby się nie poddawać i nie dawać za wygraną słomianemu zapałowi. Zamiar popełnienia blogowego samobójstwa (cóż za piękna metafora!) po paru dniach mi przeszedł
i dostałam gigantyczną dawkę motywacji. Pragnęłam zmian, chciałam rozwinąć skrzydła w blogowaniu, sprawić, aby mój blog był lepszy. Aktualnie czytam e-book o blogowaniu, szukam rad dla początkujących blogerów i staram się rozwijać.

 Jestem w pierwszym turnusie ferii zimowych, więc od dwóch dni mam zasłużone wolne. Kurczę, piszę, jakbym zrobiła coś niesamowitego dla ludzkości, a tak nie jest. Okej, może i nie wynalazłam telewizora przełączającego kanały samym mrugnięciem lub innego niesamowitego wynalazku, ale nie mogę powiedzieć, że się leniłam. W ostatnim tygodniu przed feriami musiałam się nieźle przygotowywać na prace klasowe, kartkówki itp. Nie jestem tylko do końca pewna, czy mogę uznać moją pracę za zadowalającą, ponieważ jej owocem była TYLKO trójka i czwórka na nowy semestr, ale szczerze mówiąc na dziś dzień nie myślę o tym. Shit happends, jak to mówią! A jako, że pierwszy semestr mam oficjalnie za sobą, mogę się skupić na tym co lubię. Oto moja lista zajęć na ferie:

1. Teatr

I nie, nie mówię tu o chodzeniu na sztuki teatralne (które, swoją drogą, bardzo cenię), ale o uczeniu się aktorstwa. Przez całe ferie będę chodziła do pobliskiego teatru by zgłębiać tajniki melpomeny*
i jestem tym niesamowicie podekscytowana! Co mogę jeszcze dodać, już nie mogę się doczekać!

2. Nauka japońskiego

Tak, od paru tygodni uczę się japońskiego. Czy postradałam zmysły? Tak. Czy wiem, że to nie bułka z masłem? Tak. Czy w ogóle potrzebuję tego języka? W Polsce raczej niewiele osób mówi po japońsku, ale tak, potrzebuję go. Uwielbiam uczyć się języków i chociaż inni myślą, że do niczego mi się nie to nie przyda, ja głośno zaprzeczam. Nikt nie wie, jak będzie wyglądać nasza przyszłość. Może się zdarzyć, że w danym zawodzie będziecie potrzebować np. rosyjskiego i co wtedy? Ale tak naprawdę uczę się, ponieważ moją kolejną miłością są podróże i jednym z miejsc, które chciałabym odwiedzić jest Japonia.

3. Czytanie

Ostatnio nie miałam zbyt dużo czasu na czytanie, więc mam zamiar wykorzystać ten czas i przeczytać zaległe książki. Przez to, że jeszcze ich nie skończyłam czytać, nie mogę kupić kolejnych. A uwierzcie mi, moja lista książek do przeczytania jest spora i ciągle rośnie... Ale co poradzić? :)

4. Maratony seriali

W te ferie planuję siedzieć przed komputerem i oglądać zaległe odcinki ulubionych seriali. A jakich? Oczywiście Pora na Przygodę, Avatar: Legenda Aanga, Avatar: Legenda Korry oraz Zwyczajny Serial. Co? Spodziewaliście się seriali fabularnych, czyż nie? No cóż, mogę szczerze powiedzieć, że kocham kreskówki i się tego nie wstydzę. Według mnie, animacje nie muszą być zarezerwowane tylko dla dzieci. Mogą zawierać historie, których nie powstydziłby się mieć dobry serial fabularny, a które byłyby niezrozumiałe dla smyków. I właśnie dlatego polecam animowane seriale, zwłaszcza te które wymieniłam wcześniej.

Oprócz tych punktów mam parę innych spraw do załatwienia, ale te cztery, które widać powyżej, są najważniejsze. A Wy, macie jakieś plany na ferie? Czy może w ogóle nie macie wolnego? I ile złotych obstawialiście, że się poddałam? Ja się z Wami żegnam, a Wy.... Róbcie co chcecie!
(Oby) Do zobaczenia
Megan Green

*chciałam się pochwalić znajomością trudnych słów, więc dodałam jakże interesujący synonim słowa aktorstwo. Nieźle, co nie?

sobota, 2 stycznia 2016

New Year TAG!

Witam!

Jako, że wczoraj oficjalnie rozpoczął się rok 2016, mam dla Was TAG, w którym odpowiem na pytania związane z Nowym Rokiem. Parę pytań usunęłam, ponieważ nie umiałabym na nie szczerze odpowiedzieć. Mimo to, serdecznie zapraszam!

1. Ulubiona sylwestrowa zabawa?
Lenistwo się liczy? A tak na serio, lubię klasyczne spędzenie czasu przy grach planszowych. Poza tym, nic specjalnego nie robię.
2. Ulubiony noworoczny utwór?
Szczerze mówiąc nie słucham niczego wyjątkowego. Najczęściej włączam sobie playlistę na Spotify podsumowującą poprzedni rok w muzyce i daję się ponieść dźwiękom.
3. Na powitanie nowego roku spódnica, czy spodnie?
To akurat zależy jaki mam nastrój jednak ze względu na wygodę, wybrałabym spodnie. W ostateczności ubrałabym ciekawą sukienkę.
4. Gdzie spędzasz Sylwestra?
Raczej w domu. Jest miło, wesoło, więc po co być gdzie indziej?
5. A z kim?
Z rodziną i pluszakami.
6. Jakie są dwie rzeczy bez których Sylwester nie może być udany?
Jedzenie i telewizja. To jest wszystko czego potrzebuję 31 grudnia.
7. Najśmieszniejszy sylwestrowy moment?
Chętnie bym powiedziała, ale jak na złość nie mogę sobie przypomnieć... Co nie oznacza, że nie mam śmiesznych wspomnień :)
8. Jaką stację oglądasz w Sylwestra: Polsat czy TVN?
Będę oryginalna i powiem, że tegorocznego Sylwestra spędziłam z tzw. Dwójką! Ha!
9. Jaką imprezę sylwestrową najbardziej lubisz?
Niespecjalnie lubię imprezować, ale gdym dostała zaproszenie na bal maskowy, z chęcią przyjęłabym je.
10. Jak nazywasz Sylwester?
Hmmm... Niech pomyślę. Sylwester?

I to był właśnie noworoczny TAG. Muszę przyznać, że pytań jest mało i odpowiedziałam na nie bardzo prostymi zdaniami, (moja polonistka nie byłaby ze mnie dumna...)  ale to pewnie dlatego, że mam trochę słaby nastrój. Jednak mam nadzieję, że spodoba Wam się ten TAG mimo tego nudnego stylu pisania. 
   
Ale tak poza tym, jak tam minął Sylwester? Dobrze przywitaliście rok 2016? Ja o północy biegałam od okna do okna patrząc na sztuczne ognie. W tym roku w miejscu gdzie mieszkam było ich znacznie więcej i naprawdę robiły lepsze wrażenie niż w zeszłym roku.

Napisałam, co miałam napisać, więc teraz żegnam się z Wami i widzimy się w następnym poście!
Megan Green